Kategorie

Kalendarz

June 2016
M T W T F S S
« Apr   Jul »
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930  

Pamiętanie uliczne

Z dekomunizacją na pokaz mi nie po drodze. Rażą mnie zwłaszcza żądania zmiany patrona ulic, które dziś upamiętniają postaci bez negatywnej konotacji, na rzecz większych lub mniejszych bohaterów opozycji antypeerelowskiej. To wszakże nie znaczy, że nie rażą mnie istniejące wciąż licznie ulice, place czy szkoły imienia wysoce wątpliwych postaci dawnej polskiej lewicy prosowieckiej. Ani też nie znaczy, że — pomimo związanych z tym kosztów — wszelkie przemianowania uważam za bezsensowne.

Oto studenci obecnego NZS zaproponowali, by ulicy Bruna na pograniczu warzawskiego Śródmieścia i Mokotowa nadać nowe imię – Teodora Klincewicza. Ciekawe, że apel wyszedł z uniwerka, choć Teoś studiował na polibudzie, tu szefował NZSowi (choc był także krajowym wiceprzewodniczącym). W “Mikrusie”, akademiku wydziałów MEL i FTiMS, od 1977 knuł w ramach SKS, tworzył NZS, potem Grupy Oporu “Solidarni”. Jednocześnie imprezując bez umiaru, bo bez tego żyć nie umiał. Co piszę z uznaniem, a nie jako zarzut, bo nie kryję, że — jak chyba znaczna większość studentów – Teosia uwielbiałem, na pograniczu czci boskiej.

Julian Brun jest natomiast postacią mi wstrętną. Ulica, której wciąż patronuje — dobrze się składa, choć młodzi wnioskodawcy  zapewne o tym nie wiedzą — była zaś w stanie wojennym jednym z zagłębiów podziemia. Inteligenckie, w dużej mierze nauczycielskie osiedle było kopalnią konspiracyjnych lokali i zapewne ośrodkiem o rekordowym w Warszawie natężeniu knucia na mtetr kwadratowy. Jeśli więc gdzieś, to zdałoby się tu uczcić Teosia najlepiej.

Mimo to z dystansem podchodzę do apelu o zmianę patrona. A to dlatego, że w ogóle nie wierzę specjalnie w sens takiego ulicznego pamiętania. Choć przykład nie całkiem z tej samej bajki, przywołam pobliską Wołoską, swego czasu przemianowaną za PRL na cześć sowieckiego kosmonauty. Większość okolicznych mieszkańców sądziła wszakże, że chodzi o te nieznośne insekty, dając temu wyraz w adekwatnej odmianie nazwy (“mieszkam na Komarowej”).

Opozycja studencka zasługuje na więcej. Była znaczącym wsparciem i uzupełnieniem “Solidarności” i podziemia, korzystając też ze względnej swobody, na jaką bezpieka pozwalała przynajmniej na stołecznych, krakowskich, poznańskich czy wrocławskich uczelniach. To nie tylko NZS, to również działający od jesieni 1980 samorząd, a później także studenccy przedstawiciele w ciałach kolegialnych, radach wydziałów i senatach uczelnianych.

Te zjawiska i ich liderzy zasługują na więcej niż ulice. Muszą doczekać się popularnych, wysokonakładowych monografii, a nie tylko sztywnego opisu w znanych nielicznym pracach dyplomowych czy doktorskich. Materiał jest wdzięczny. Teoś był bowiem nie tylko jednym z prekursorów sitodruku w latach 70. czy przemysłowych metod ulotkowania w stanie wojennym. Był też jajcarzem  nad jajcarze, co zresztą czasem odbijało się na efektach roboty w podziemiu, ale czyniło tę robotę porywającą.

Był Teoś nie tylko postacią bardziej znaczącą dla polskiej opozycji demokratycznej przed 1989 r. niż którykolwiek z braci Kaczyńskich (nic tym ostatnim z ich niewątpliwych zasług nie ujmując), lecz również nieporównanie barwniejszą. Gotowy scenariusz na film nostalgiczny, ale z komediowym zabarwieniem.

Z grona liderów ówczesnego  NZS dziś w szerszej świadomości istnieje (nie chcę oczywiście powiedzieć, że niezasłużenie) tylko pierwszy szef Zrzeszenia Jarek Guzy. Z późniejszego, drugiego okresu (1987-89) — Mario Kamiński, Igor Janke, Paweł Piskorski i paru innych, ale niekoniecznie ze względu na enzetesowską przeszłość. Co zaś NZS właściwie robiło, o co walczyło w negocjacjach z rządem, tego dowiedzieć się dzisiejszym młodym bardzo trudno. Ale NZS to pestka, bo najgorsze, że pamięć SKS i samorządzie, nie mówiąc o takim Klubie Senatorów Studenckich PW z własnym niecenzurowanym i legalnym (!) biuletynem w stanie wojennym — przepadła całkowicie. A były to zjawiska nie mniej ważne i z równie barwnymi liderami.

Ok, niech Teoś zastąpi czerwonego Bruna. Ale więcej zrobimy dla Niego i innych tworząc np. na uczelniach salki pamięci. Bez pompy i patosu, nieduże, za to w ruchliwych miejscach, możliwie multimedialne. A także tworząc popularne monografie, filmy czy komiksy. Wszak dzisiejsza swoboda na uczelniach to w sporej mierze zasługa Guzego, Klincewicza, a także eskaesowców czy enzetesowców takich jak Waldek Maj, Bronek Wildstein, Boguś Sonik, Andrzej Mietkowski, Jacek Rakowiecki, Jan Rokita, Krzyś Osiński, Piotr Bikont, Jacek Czaputowicz, Wojtek Bogaczyk, Tomek Hypki czy Piotr Jelinowski, oraz samorządówców — Marcina Frybesa, Marcina Nawrota, Przemka Gardiasa, Janka Tombińskiego. I wielu, wielu innych, których za pominięcie tutaj przepraszam, bo i mnie pamięć już zawodzi. A skoro z trudem pamiętam ja, skąd mają cokolwiek wiedzieć urodzeni za wczesnej AWS?

SKS to nie tylko Staszek Pyjas. Pamięć to nie tylko martyrologia. Rozumie to świetnie (gratulacje) Muzeum Powstania Warszawskiego i Jan Ołdakowski. Czas, by to zrozumiano szerzej — także w IPN.

Teoś to postać o historycznym znaczeniu. Ale był dokładnym przeciwieństwem bohatera pomnikowego. Był żywym (aż nadto) człowiekiem. Uhonorować go pomnikiem to jakby Go obrazić.

PS. Miarą braku czegokolwiek i gdziekolwiek niech będzie poniższy obrazek. Wstyd naprawdę nieprawdopodobny. Brak słów. Żeby było jeszcze tragiczniej, Marcin, twórca samorządu studenckiego w Polsce, ma swoją stronę we francuskiej wikipedii, ale ani słowa w polskiej…

 

11 comments to Pamiętanie uliczne

  • Wrzuciłem link na Facebooka WDiNP UW (myślałem o samorządzie ale strona samorządu jest “404″). Nie to żeby się jakoś specjalnie łudził, że ktokolwiek podejmie, ale spróbować można.

  • miab

    Czy Teoś nie był przewodniczącym NZS PW(“tego prawdziwego”). Bo jak przez mgłę pamiętam jego radosna twarz w trakcie “rozszalałej demokracji w natarciu” czyli (chyba) wyborów zarządu politechnicznego NZS-u.

  • W mojej dzielnicy główna ulica przez dekady PRLu nazywała się “Mikowa”. Nie mam badań, ale zaryzykuję, że większość mieszkańców wierzyła, że to od jakiegoś sowieckiego człowieka nazwiskiem Mikow. Słyszałem to dziesiątki razy (z dodatkiem, że niby pułkownik armii lub KGB). Ciekawe, że o pobliskiej Parowcowej i Globusowej nikt takich głupot nie gadał; ulica Świerszcza i Przepiórki też nie budziła domysłów na temat rzekomych patronów. Oczywiście nie istniał żaden Mikow, a nazwa pochodziła od minerału. Komu do głowy przyszła, nie wiadomo. Jest za to jakieś fonetyczne podobieństwo do przedwojennego Mickiewicza, którego miano ulica nosiła przed wcieleniem do miasta stołecznego.

    We wczesnych latach 90 lokalna społeczność doprowadziła do nadania ulicy imienia ks. Chrościckiego. Pamiętam, choć dzieckiem byłem, akcję zbierania podpisów. Pamiętam sarkanie krytyków, że tyle problemów ze zmianą dokumentów i tabliczek, że wszyscy przywykli, oraz że – serio, serio, pamiętam takie argumenty – nie trzeba drażnić Rosjan, bo Mikow… O ks. Chorścickim wówczas nie wiedziałem nic, a jego nazwisko często mylono i błędnie zapisywano przez ó.

    A był ów pierwszy i wieloletni proboszcz tej parafii realnym lokalnym przywódcą, bohaterem oporu i konspiracji, więzieniem Majdanka i ostoją społeczności za komuny. Wiem dziś o nim sporo – dzięki tej determinacji sąsiadów, którzy doprowadzili do nadania jego imienia nie tylko ulicy, ale także szkole podstawowej.

    Ergo: jest jednak sens w nazywaniu ulic na cześć bohaterów. I jest sens zmieniać nazwy głupie (jak Nowoursynowska), a tym bardziej nazwy honorujące łajzy.

  • PS. Nazwisko Teosia Klimcewicza pamiętam z jakichś opowieści ojca, studenta FTiMSu i mieszkańca Mikrusa. W tych anegdotach zdecydowanie nie był pomnikowy.

    Ale taki choćby Aleksander hrabia Fredro też bywał mało pomnikowy za życia, a na ulice i pomniki niewątpliwie zasłużył.

  • Krzysztof Leski

    Po małej awanturce, jaką zrobiłem wczoraj na TT, przynajmmniej Frybes ma już małą notkę w PL wiki. Sa dobrzy ludzie na świecie.

  • Atticus

    Przeczytałem z zaciekawieniem. Taka, lub podobna dyskusja już u pana miała pamietam miejsce, np. przy okazji rozmowy o tym jak upamiętnić LK. Moje zdanie jest takie, ze w powszechnie dostępnej przestrzeni publicznej powinnismy honorować bohaterów wlasnie, czy to narodowych, czy społecznych. Salki pamięci, kluby dyskusyjne, itd. Nalezą sie tym troche mniej znanym bohaterom, którzy maja swoje ulice, albo zgoła ludziom od bohaterstwa odległym, ale niezaprzeczalnie nietuzinkowym. Przykładowo zyczylbym sobie niejednej salki Brunona Jasienskiego, ale żadnej ulicy nazwanej jego nazwiskiem. Taka widziałbym w tym regule.

Leave a Reply