Kategorie

Kalendarz

July 2015
M T W T F S S
« Jun   Aug »
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Dzień borsuka

“Salon Pana wypluł, a Pan wciąż zgodnie z linią. Naprawdę tak naiwny? A idą ciężkie czasy:)” — napisał do mnie na twitterze pewien oddany pisowiec. Zareagował w ten sposób na mój twit wytykający prostackie i chamskie epitety Cezarego Gmyza pod adresem jego twitterowych oponentów. Tak oni ten świat widzą: każda chamska uwaga jakiegoś platformersa to “przemysł nienawiści”, gdy jednak mięsem rzuca swojak, to tak jakby Kali komuś ukradł krowę. To z definicji dobry uczynek. Ergo ten, kto myśli inaczej, musi być lemingiem oddanym władzy lub przez nią kupionym. “Naiwnością” ma zaś być odmowa zmiany poglądów z powodu zmiany władzy. Jeśli tak, to I am proud to be naive.

Nawiasem mówiąc nie czuję się przez kogokolwiek “wypluty”. Owszem, nie ma dla mnie miejsca we współczesnych “mediach”, po żadnej ze stron barykady, ale to bardziej moja niż czyjaś decyzja. Fakt, że nawet tu pisuję coraz rzadziej i zachodzę w głowę, skąd ów niezmienny niemal tysiąc odsłon dziennie. Wspominałem, że zagląda tu moja Matka, by sprawdzić, czy żyję, ale wątpię, by czyniła to częściej niż 2-3 razy na dobę. Chyba, że ktoś jej ustawił robota. Sprawdziłbym w statystykach serwera, ale zapommniałem hasła do hostingu…

Trudno zaś o pomysł na tekst, gdy świat wokół zajmuje się głównie sprawami kompletnie nieistotnymi. Na przykład podróżami zestawu stołów i krzeseł, choć jeśli coś jest tu godne komentarza, to bezsens podróży tych, którzy na owych krzesłach i przy owych stołach zasiadają. Skoro rząd zapragnął odbyć tę farsową serię posiedzeń wyjazdowych, to urzędnik, który sprawdził krzesłostołowy stan posiadania u celu podrózy i zlecił trannsport mebli, po prostu wykonał swoją robotę.

Przyznam, że zadziwiły mnie nawet niektóre artykuły wokół śmierci Jana Kulczyka — zgodne z zasadą, że rację medialnego bytu ma tylko teza drastycznie przerysowana. Na jednym z “niepokornych” portali pewien spec od slużb tajnych za pomocą pytań mających cechy twierdzenia zasugerował, że biznesmen zmarł, bo nasze służby nie zabezpieczyły odpowiednio wizyty tak ważnej osobistości w wiedeńskiej klinice. Skomentuję pytaniem: mam rozumieć, że gdyby już rządziło PiS, to slużby by się spisały i Kulczyk by żył? Cóż to za maniera, by parę godzin po nieszczęsnym zabiegu, nie mając siłą rzeczy żadnej wiedzy, wypisywać takie androny? “Wall Street Journal” napisał natomiast, że Kulczyk pełnił “wiodącą rolę” w polskiej transformacji od komunizmu. Cóż, coś mnie chyba ominęło.

Przeczytałem, że Unia Europejska rękami komisarz Bieńkowskiej zabiera się za “problem Ubera” czyli szerzej “sharing economy”, co nasze media przekładają jako “ekonomia dzielenia się”. Strasznie chropowate, ale przyznaję, że lepszego pomysłu nie mam. A Uber? W zasadzie jestem za. Nie mogę jednak zignorować faktu, że oznacza to przejście ze skrajności w skrajność: od stanu, w którym taksówkarz musi spełnić iks warunków, zdać egzaminy i dostać licencję, do stanu, w którym wozić może każdy.

Owszem, sam Uber narzuca pewne wymagania, ale jeśli jest legalny, to legalna będzie także taka platforma, która od uslugodawcy nie będzie wymagać niczego. Regulacja? Praktycznie niemożliwa, bo każda będzie zaprzeczeniem idei “sharing economy”. Dobrze więc, że nie jestem Bieńkowską. Wszakże dziennikarze donoszący o sprawie nie zagłębiają się w problem. Ot, pani komisarz ma zadanie: “uregulować”, no to ureguluje. A może się mylę? Może się da?

Skłamałbym jednak twierdząc, że wszystkie newsy w mediach czytam i oglądam z obrzydzeniem. Jeden sprawił dziś, że uśmiałem się życzliwie. I oczywiście z nutką współczucia, bo bohater newsa przeżył i wciąż przeżywa trudne chwile. Myślę o rozsławionym przez RMF borsuku, a raczej pani borsuk, która wczasowiczom w Rewalu zakosiła kratę piwa, obaliła siedem i padła na plaży nieprzytomna. Znaleziona przez straż miejską, trzeźwieje teraz pod opieką fundacji wspierającej zwierzaki w tarapatach.

40 comments to Dzień borsuka

  • g2

    Cenisz dobre dzienikarstwo? Zaglądaj na b.leski.pl. Oby Pana więcej :)

  • jes

    No, to jest ważna wiadomość; wybieram się wkrótce do Trzęsacza. Będę zatem uważał na piwo.

  • Zachodzę w głowę jak szanując powagę śmierci zaoponować wobec tezy o wiodącej roli w transformacji p.Kulczyka. I jestem bezradny…

    Jak czytam ludzi zdawałoby się rozumnych, którzy dla wyrazistości samookreślenia się po której stronie barykady stoją, spłycą każdy temat by móc jedynie prostymi obrazami, skojarzeniami i porównaniami udowodnić adwersarzowi, że jest idiotą to też jestem bezradny.

    A co do borsuka – na całe szczęście borsuki po spożyciu nie używają Twittera. Wielu powinno wziąć z nich przykład… nawet przed spożyciem…

  • Zgroza

    “Sharing economy” to couchsurfing. Uber i inne korpo to ekonomia podnajmu, które wycierają sobie pyski frazesem o dzieleniu się.

    • miab

      A co jest takiego złowrogiego w tym podnajmie że aż muszą wycierać sobie pyski. Czy chodzi o to że luckość przerobi mniej środowiska na śmierdzące gówno sprzeciwiając się przy tem bożemu nakazowi i czyńcie sobie Ziemię wydymaną.

    • Krzysztof Leski

      Hm, racja… to podróba sharingu.

  • Ajgor

    Poziom partyjniaków i mediów ich popierających jest prawie identyczny. Dlaczego ciut wyżej cenię PO? Bo przegranych wyborach nie wrzeszczą o fałszerstwach, a po przegranych sprawach sądowych nie rozpisują się o rozgrzanych sądach.

    Co do śmierci Jana Kulczyka, w S24 mądrzy inaczej wypisują, że to służby go zabiły, ma to mieć związek z bliska już wygraną PiS w wyborach. Nie ustali widać wersji, ale służby zawsze winne :-) .

  • TRad

    Nie rozumiem obawy o brak certyfikatów.

    Myślę (obrazisz się śmiertelnie, ale trudno), że wyłazi z Ciebie peerel. Że certyfikacja musi być scentralizowana. Że musi być bumaga, że ważny urzędnik musi przystawić ważną pięczątkę, i że bez tego nadciągnie armagedon.

    Kierowcy Ubera jak najbardziej podlegają certyfikacji. Tyle, że rozproszonej. Opinia klientów silniej mówi do mnie niż urzędnika suszka i kałamarz.

    Ot, uroki obniżonego progu dostępu do informacji.

    • Pardon, ale regulacja usług taksówkarskich, to bynajmniej nie peerel.

      Taksówkarze londyńscy musieli od zawsze nie tylko zdawać centralne egzaminy aby otrzymać oficjalną licencję, ale obowiązkowo jeździć licencjonowanym hackney carriage w kolorze czarnym. Drugą ikoną kapitalizmu i liberalizmu był Nowy Jork, gdzie nie tylko taksówkarze, ale też słynne, obowiązkowo żółte, taksówki muszą być licencjonowane przez specjalny urząd (do dziś obowiązuje zamknięta lista modeli samochodów, które mogą być żółtą taksówką w NYC). Taksówki są częścią systemu transportu publicznego i nic dziwnego, że podlegają regulacjom centralnym, podobnie jak autobusy, tramwaje i pociągi.

      • Taksówki są częścią systemu transportu publicznego i nic dziwnego, że podlegają regulacjom centralnym, podobnie jak autobusy, tramwaje i pociągi.

        Te taksówki które korzystają z reglamentowanych przywilejów jak buspasy, miejskie postoje, zatrzymywanie się gdzie inni nie mogą (na podstawie uzusu, bo zwykle nie prawa) – OK. W pozostałych przypadkach to dla mnie jednak temat do dyskusji, ale intuicyjnie wydaje mi się, że oba systemy powinny być dopuszczone, każdy ma zalety.

        • W Nowym Yorku jest ciekawie, bo są żółte taksówki, jakby pełnoprawne. Są też zielone, co najpierw było jakoś podobne do naszego “przewozu osób”, z tym że też całkiem solidnie uregulowane, a już od dwóch lat ma prawa podobne do żółtych, poza obszarem dolnego Manhattanu, ale ma znacznie mniej obowiązków. Z Uberem też mają tam jakieś jazdy, ale nie doczytałem.

          Ja nie upieram się, że muszą być restrykcje i pełna regulacja. Szczerze mówiąc — nie wiem. Nie mam zdania, za mało wiem. Ale idzie mi o to, że reductio ad Peerel jest w tym przypadku bzdurą. Regulacje (takie czy inne) ruchu ulicznego i transportu są po prostu równie stare, jak miasta w ogólności.

      • Jak to jest.. Jeśli ugościsz z pół setki ludzi i zauroczysz ich swoimi wypiekami wszystko jest w najlepszym porządku. Ale jeśli owi goście nie mogąc wyzwolić się z zauroczenia poproszą Cie byś co jakiś czas zrobił dla nich takie pyszności a oni Ci za to zapłacą to już niestety musisz poddać się takiej czy innej “certyfikacji”. Jeśli Twoim sąsiadom tak się spodobało, że jadąc do pracy podrzucasz ich tu i tam i zaproponowali Ci że odwdzięczą Ci się jeśli będziesz ich podwoził codziennie to czy stajesz się “elementem transportu publicznego” ? Jeśli będziesz brał pociechy sąsiadów na plac zabaw by trochę ich wyręczyć bo sam swoje dzieciaki tam codziennie zabierasz i będziesz robił to “za dziękuję” nie musisz się “certyfikować” .. Ale jak sąsiedzi zaproponują Ci zapłatę bo sami pracują a Tobie się nie przelewa to już będziesz “nielegalny” chyba, że się “zcertyfikujesz”…
        Odnoszę wrażenie, że prowadzenie jakiejkolwiek działalności gospodarczej jest dla Państwa sygnałem największego “zagrożenia”…
        Teraz zgrabnie przejdę do aktualnych wydarzeń : TK wywiódł z Konstytucji iż podmioty o różnej wielkości mogą być traktowane przez Państwo w różny sposób. Nie wiem czy organy ustawodawcze będą w stanie zgodnie z tym orzeczeniem i w zgodzie z Konstytucją określić jaki podmiot gospodarczy jest “duży” a jaki “mały” . Ale idąc tym tokiem rozumowania – czy robiąc wypieki na przykład tylko dla 17 znajomych, można mieć nadzieję, że będzie się zwolnionym z wizyt SANEPID-u ? Jeśli tak, to osiemnasty znajomy po odmowie śmiertelnie na mnie się obrazi – zdziwiony nie będę…

        • No, nie tak.
          Jeśli zaprosisz rodzinę i znajomych na ciasto – jest OK. Jeśli w rodzinie upieczesz komuś ciasto, a on w zamian da ci co innego, a choćby i umowną kwotę — nikt się nie przyczepi.

          Ale jeśli wywiesisz nad furtką szyld “ciasta”, to może się tym zainteresować fiskus. A jeśli pod owym szyldem zorganizujesz nieoficjalną sąsiedzką spółdzielnię, gdzie dziesiątki gospodyń domowych będzie robić wypieki w swoich kuchenkach na zamówienie z twojej listy, a ty im ułatwisz (za drobną prowizją) rozliczenie z klientami zamawiającymi ciasta, to może nie tylko fiskus, ale i PiP i co tam jeszcze. Zgroza? Może.

          Ale zakładając piekarnię musisz spełnić rozliczne kryteria; zatrudniać, płacić podatki, ZUS, prowadzić księgi, wystawiać rachunki i faktury, zapewnić miejsce pracy o określonych restrykcjach technologii produkcji (sanepid!), z właściwą wentylacją, zapewnić składniki i technologię wypieków spełniające kryteria gastronomii, odpowiednio zagospodarować odpady i nie wiem co jeszcze. I taki uczciwy i rzetelny piekarz, spełniający z wysiłkiem wszystkie wymogi, widzi jak mu ktoś pod nosem montuje spółdzielnię gospodyń miejskich, które w niedługim czasem stawiają go przed wizją bankructwa. Bo mają wszystkie wymogi i obowiązki w… lekceważeniu.

          Pomińmy na moment przykrą kwestię podatków, stosunku pracy i takie tam. Parę lat temu była afera zatruć kremówkami. Kontrole dotarły do ciastkarni i wykryły stosowanie niewłaściwych składników (szło o jaja). Pytanie — co jeśli salmonella wyskoczy w naszej nieformalnej spółdzielni? Oraz pytanie nr dwa: jedna z gospodyń ulegnie wypadkowi przy pracy: jej domowa kuchenka nie wytrzyma ośmiogodzinnej pracy i będzie pożar. Bo legalna firma jest na takie okoliczności wpleciona w systemowe zabezpieczenia.

          Zostawiając na chwilę kwestię regulacji zawodu taksówkarza, ciekaw jestem jak Uber wpłynie na rynek ubezpieczeń komunikacyjnych. Mnie ubezpieczyciel kazał deklarować, że auto służy tylko do celów prywatnych, niekomercyjnych. Nie ubezpieczałem nigdy taksówki, ale spodziewam się, że są to inne kalkulacje i inne warunki.

          • Pisząc o “certyfikacji” nie mam na myśli takiego czy innego obowiązku podatkowego. To jest poza sporem. “Konkurencja podatkowa” nie jest dla mnie do zaakceptowania.

            A co do pozostałych kwestii – ciekawe czy przez 80 z górą lat moi św. pamięci dziadkowie , małorolni z Galicji, zatruli się częściej mlekiem prosto od krowy, jajecznicą czy masłem z sosnowej maselnicy niż konsumenci w “certyfikowanych” lokalach gastronomicznych… Nie zliczę ile razy “ryzykowałem” życiem konsumując produkty uboju gospodarczego ( no i nie tylko życie ale i kryminałem ;) )
            Sądzę, że wymóg “certyfikacji” to również obrona zawodowych korporacji przed konkurencją. To również obracająca się przeciw konsumentom , błędnie rozumiana , forma ich ochrony – wszelkie wymogi “certyfikacyjne” łatwiej wypełnić “dużym” co odbijają sobie przez masowość produkcji i obniżeniem jakości (co nie jest równoznaczne np. ze sterylnością)… A konsument cieszy się z niskiej ceny…

            Kiedyś postawiłem tezę, że gdyby w czasach gdy człowiek schodził z drzewa funkcjonowałyby takie “certyfikacje” jak dziś to pewnie nigdy z tego drzewa by nie zeszedł. Postawiłoby się tabliczkę “Zejście z drzewa surowo wzbronione” i takie tam inne… Bo to pewnie bardzo niebezpieczne było i to zarówno dla tych co schodzili ale i dla tych, którym taki pomysł bardzo sie nie podobał – za wiele mieli do stracenia…

            • “Konkurencja podatkowa” nie jest dla mnie do zaakceptowania.

              1. Uber w Polsce wprowadza właśnie konkurencję podatkową. Zakładając nawet, że uberowcy płacą PIT, to i tak nie płacą VAT (bo nie są przedsiębiorcami), do czego zobowiązani są taksówkarze.
              2. Poza podatkami państwo nakłada inne obowiązki, które też są obciążeniem jednostki na rzecz wspólnoty (czy sensownym czy nie — to inna kwestia). Unikanie takich obowiązków i obciążeń też nie jest całkiem fair wobec tych, którzy je ponoszą. Piszę to zdając sobie sprawę, że ja sam jestem w wielu punktach nie całkiem fair.
              3. Że certyfikacja jest na rękę korporacjom to jasne. Że ogranicza innowacyjność i swobodę gospodarczą to też jasne. Ale miewa też atuty, a jednym z nich jest bezpieczeństwo prostego użytkownika.
              4. Co innego, jak sam piję wodę z kałuży, a co innego gdy ustalam kryteria sanitarne dla wodociągów (choć one straszliwie pętają swobody prężnych przedsiębiorców, gotowych dostarczać tanią wodę ludności). Choćby dlatego, że jeden pacjent z czerwonką to co innego niż epidemia.

              Jak już wspomniałem — polecę Młynarskim — nie mam jasności w temacie Ubera.

              W kwestii ewentualnego powrotu na drzewa temat wyczerpał niegdyś Stanisław Jerzy Lec.

              Dobranoc

        • TK wywiódł z Konstytucji iż podmioty o różnej wielkości mogą być traktowane przez Państwo w różny sposób.

          Jeśli rozumiem, TK wskazał iż mają być traktowane w sposób adekwatny do skali.

          Jeśli to zaskakuje, to polecam lekturę Rozporządzenia Ministra Infrastruktury w sprawie warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie. Polecam akurat ten akt prawny, bo ten dobrze znam.
          Zapewniam, że zupełnie inne są wymogi dla domów jednorodzinnych, a inne dla wysokościowych hoteli. Nawet schody i balustrady mogą mieć inne gabaryty. A jak wejdziemy w przepisy p-poż, to zależnie od skali przechodzimy w ogóle w inny świat.

          • my tu nie mówimy o “przedmiotach” ale o działalności gospodarczej – to zupełnie coś innego. Mój przykład z ilością wypieków i koniecznością odwiedzin SANEPIDU-u to ilustruje.

          • PS
            albo jeszcze inaczej :

            Czy most buduje mała firma czy wielka to ten most musi być zrobiony zgodnie z regułami sztuki budowy mostów . To jest jasne i oczywiste. Wielkość firmy nie wpływa na przecież na poluzowanie tych reguł.
            Podobnie z działalnością bankową – są reguły, które obowiązują (pomijam czy słuszne czy nie) ale każda firma prowadząca działalność bankową powinna im podlegać.

          • Budujesz 200 mieszkań w domkach szeregowych – masz łatwe przepisy.
            Budujesz 200 mieszkań w niskich blokach – masz trudne przepisy.
            Budujesz 200 mieszkań w wieżowcu z garażem na ponad 300 miejsc – obowiązują cię niezwykle trudne przepisy.
            To nie jest “przedmiot”, to są reguły obowiązujące w biznesie.

            Na bankach, prowidentach, kasach pożyczkowych, ubezpieczeniach na życie (które faktycznie są nieopodatkowanymi lokatami), itp. itd. — nie znam się, to się nie wypowiem. Nie wiem, czy powinny być te same rygory i nadzór.
            Jednak na chłopski rozum: jak ktoś zarządza dużą kasą, trzeba do bardzo pilnować. Jak małą, to nie tak bardzo. Co, każdy portfel przewozić pancernym bankowozem z obstawą (bo transport gotówki to transport gotówki, jedna reguła)?

            • otóż wg mnie się mylisz. Członkami “małych” kas spółdzielczych będą ludzie relatywnie niezbyt zamożni (dla zamożniejszych banki będą miejscem lepiej odpowiadającym na ich potrzeby finansowe). Stąd też strata relatywnie niskich kwot będzie dla takich klientów stratą boleśniejszą.
              Poza tym dalej chyba mylisz rosnące wymogi stawiane przed bardziej zaawansowanymi produktami czy też usługami z wymogami stawianymi samym firmom .
              Kremówka robiona dla 17 czy dla 1.700 klientów salmonelli mieć nie może. Reguły (nie technologia!) , które temu zapobiegają są w każdej z obu skal produkcji takie same. TK sugeruje iż kontrola stosowania tych reguł przez Państwo może mieć mniej lub bardziej “bezpośredni” charakter a zależy to tylko od nieskonkretyzowanych nigdzie (a już w Konstytucji na pewno) kryteriów wielkości podmiotu gospodarczego. Chyba, że sędziowie TK w głębi duszy wiedzą, ze gdy będę robił kremówki dla swoich znajomych nie będę mógł sobie pozwolić na fuszerkę gdyż doznałbym straty gorszej niż finansowa – straciłbym przyjaciół i zostałbym skazany na ostracyzm . No ale nie podejrzewam o takie zdroworozsądkowe myślenie sędziów Trybunału… ;)

              • Ale w czym konkretnie się mylę?

                Ja napisałem, że na instytucjach finansowych się nie znam. Przyjmuję do wiadomości argumenty, ale nie przyznam racji, bo za mało wiem. Nie wiem jak powinno być. Mam tylko nadzieję, że pożyczka od taty nie będzie objęta nadzorem KNF.

                Co do kremówek, to w domowej kuchni można do ich produkcji użyć świeżych jaj, a w gastronomii — nie. Ale też, idąc dalej, technologia kuchni w małej gastronomii będzie prostsza niż w dużej restauracji hotelowej. Obowiązują inne przepisy.

                Zaś co do moich przykładów z mieszkaniówką (nadal nie wiem, gdzie się pisząc o nich myliłem): Pożar domu jednorodzinnego zniszczy dorobek życia (o zagrożeniu samego życia nie wspomnę) średniozamożnej rodziny. Pożar hotelu uszczupli tylko zyski globalnej korporacji. Nie znam statystyk, ale domy jednorodzinne płoną chyba częściej niż hotele. Z pewnością coroczne krwawe żniwo zaczadzeń dotyczy właśnie domków i mieszkań. Jednak przepisy p-poż albo wentylacji dotyczące domków są prawie żadne, a projekt wielkiego hotelu jest obciążony szykanami, jakich zwykły śmiertelnik sobie nie wyobraża. Bo prawodawca uznał, że mały inwestor ma mieć łatwiej, a duży ma większe zobowiązania.

                Zmierzam do tego, że różnicowanie wymogów zależnie od skali przedsięwzięcia jest w obowiązującym prawie na porządku dziennym. Przynajmniej tam, gdzie coś o obowiązujących przepisach i ich stosowaniu rzeczywiście wiem.

                W tym kontekście wyrok TK mnie nie dziwi.

              • Jeszcze dorzucę — jako dyletant — co mi przyszło na myśl.

                Pomijając, że inne wymagania prawne dotyczą kierowcy kat. B, a inne kierowcy autobusów, lub ciężarówek… Że o taksówkarzach nie wspomnę, bo to śliski temat (jak widać z sąsiedniej dyskusji).

                W kodeksie karnym jest rozróżnienie wypadku i katastrofy w ruchu lądowym. Zupełnie inna odpowiedzialność, a przecież co do zasady chodzi o ten sam czyn, tylko różniący się skalą.

                Odnoszę wrażenie, że mała instytucja finansowa może spowodować najwyżej coś na miarę wypadku. Powyżej pewnego progu wielkości, upadająca instytucja finansowa może wywołać katastrofę.

                Owszem, dla ofiary nie ma znaczenia czy zginęła lub została ranna w wypadku, czy katastrofie. Ale dla społeczeństwa, państwa itd. — już ma. Błąd kapitana małego jachtu ma mniejsze konsekwencje niż błąd kpt. Schettino. Choć dla tych, co utonęli nie ma to znaczenia. Więc stawianie wyższych wymagań kapitanowi żeglugi wielkiej niż sternikowi śródlądowemu jest wg mnie zasadne. Choć zaraz może przyjść TRad i twierdzić, że żadnych wymagań i nadzorów nie potrzeba, to się samo ułoży.

                Ale oczywiście — nie znam się i nie wiem, jakie są różnice między małym bankiem lub kasą pożyczkową, a dużą.

              • jes

                W kontekście wątpliwości “zaplutego z salonu”, pojawia mi się pytanie czy konstytucyjna równość wobec prawa dotyczy “osób fizycznych”, czyli obywateli, czy “osób prawnych” czyli m.in. podmiotów gospodarczych. I tu, na co przytomnie zwraca uwagę Odys, sprawa jest jak najdalsza od oczywistości.
                Ale jeszcze ciekawsze w naszym kontekście wydaje mi się prawo o stowarzyszeniach, które grupie obywateli poniżej jakiegoś progu (bodaj 15) nie przyznaje tych samych praw, co grupie o jedną osobę większej; liczące sobie 17 osóbstowarzyszenie miłosników kremówek miałoby prawo legalnego działania. Czy jest to niekonstytucyjne? Nie słyszałem, by ktoś to skutecznie oprotestowywał. I pewnie można stąd wyciagnąć jakieś wnioski.
                Wydaje mi się to dużo lepszą analogią niż kwestia kremówek, bo akurat kontrola produkcji kremówek nie jest co do zasady (najwyżej technologicznie) uzależniona od wielkości producenta, tylko od jego rodzaju. O tym zresztą Odys całkiem rozsądnie już pisał.
                Natomiast nadzór nad przepływem finansów (w odróżnieniu od gastronomii) należy do najważniejszych funkcji państwa. I to nie tyle ze względu na bezpieczeństwo czyichś tam oszczędności, co głównie z powodu strategicznego znaczenia polityki finansowej. A pozbawione kontroli banki, jak uczy doświadczenie, w polityce finansowej mogą nieźle namieszać. No, chyba, że działają na bardzo małą skalę. Zostawienie w spokoju tych małych byłoby, przy przyjęciu takiego punktu widzenia, realizacją zasady ograniczania ingerencji państwa wszędzie tam, gdzie nie jest ona konieczna. Co, zdaje się, jest realizacją innej ważnej zasady konstytucyjnej.

                • To wszystko prawda tylko kryterium czy podmiot gospodarczy jest “duży” czy “mały” to nie zawsze jest kwestia oczywista. Nie może o tym decydować forma prawna czyli osoba fizyczna vs. spółka prawa handlowego, nie może decydować “rozproszenie” nadzoru właścicielskiego (TK staną najwyraźniej na stanowisku iż lokalność podmiotu i jego spółdzielczy charakter daje gwarancję większego nadzoru właścicielskiego). W sposób jednoznaczny nie może o tym decydować zakres terytorialnego działania czy ilość pracowników (dla potrzeb statystycznych czy dla przepisów BHP znaczenie ma ale nie dla określenia jego wielkości) . Zostaje coś co najsilniej działa na wyobraźnie czyli wielkość obrotów.
                  I teraz jak w tym wszystkich kryteriach umieścić skoki ? Małe to te, które w przypadku plajty spowodują mniejsze społeczne lub finansowe kłopoty? Możemy uznać pewien poziom aktywów za “mały” a więc “bezpieczny” dla finansów Państwa ale nie wycenimy na tej skali kosztów społecznych. A poza tym jeśli i w “małych” kasach lokaty ma gwarantować BFG to nie wyobrażam sobie sytuacji, żeby nie było jednakowych, bez względu na wielkość instytucji finansowej, kryteriów podlegania pod taką gwarancje.

                  Kończąc – nie sposób niejako “antequam factum” jednoznacznie określić gdzie “certyfikacja” podmiotu gospodarczego rzeczywiście chroni konsumenta a gdzie jest de facto ograniczeniem konkurencji i przynosi profity jedynie gospodarczym podmiotom. Post factum bardzo łatwo ocenić czy “certyfikacja” chroni konsumenta. Wystarczy wsłuchać się w larum jaki podnoszony jest gdy z takiej “certyfikacji” zamierza sie zrezygnować – i to nie larum konsumentów ale podmiotów gospodarczych (korporacji zawodowych) tracących często w ten sposób uprzywilejowana pozycję…

                  • jes

                    Mały – duży to prawie nigdy nie jest kwestia oczywista. Zagadnienie nieostrych pojęć jest zresztą całkiem klasyczne. Można je rozwiązywać dobrze lub słabiej, ale o zasadzie, że mały różni się od dużego, dyskusja nie ma sensu. Problemu progu formalnego nie należy więc używać jako argumentu przeciw zasadzie.
                    TK zreszta nie zdefiniował sam żadnego progu, tylko zobowiązał do tego ustawodawcę. A więc, w istocie zobowiązał ustawodawcę do rozstrzygnięcia na poziomie ustawy owego zagadnienia progowego. Powiedziałbym – żadna rewelacja; nie pierwszy i nie ostatni przypadek, w którym parlament musi zdefiniować zakres pojęć nieostrych i ustalić konsekwencje stąd wynikające.
                    Dzieki za odpowiedz.

        • Jeżeli ktoś zaprasza do siebie ludzi i raczy swoim ciastem, to w zamian zyskuje satysfakcję i sławę i to że ludzo o nim mówią jako o tym który świetnie piecze ciasta. Nie pójdzie na masówkę, nie zacznie stosować produktów podejrzanej jakości, bo straci jedyne co mu przychodzi z częstowania ludzi ciastem.

          Jeżeli do tego dochodzą finanse, to dla zysku może zaryzykować jakość i utratę twarzy. Doświadczenie uczy że często tak się dzieje.

  • TRad

    Wasza dyskusja jest obok tematu. Przyjmijmy na jej potrzeby, że faktycznie certyfikacja miała sens wtedy, gdy konsument nie byl w stanie sprawdzić jakości oferowanych usług. Jakie to ma przełożenie na usługi typu Uber, gdzie dostępna jest informacja od innych konsumentów?

    Cały czas tkwicie mentalnie w peerelu, cały czas wierzycie, że bez pieczątki urzędnika nastąpi armagedon. Otwórzcie ślipia.

    • W co ja wierzę, panie TRadzie, to możemy omówić przy innej okazji. Nie w pieczęcie, w każdym razie, chyba że zagłębimy się w egzegezę Apokalipsy św. Jana. Ja nie mam zdania w kwestii Ubera, i to zaznaczyłem. Ale nawet, gdybym miał, i nawet gdyby ono było jednoznacznie negatywne, to miotanie peerelami jest głupie (a że przy tym w polskich okolicznościach obraźliwe). Naprawdę, nie w PRL wymyślono pieczęcie i certyfikaty. I to zaznaczyłem.

      Nie będę próbował sugestii, gdzie intelektualnie tkwi człowiek, którego horyzont historyczny kończy się na Bierucie, a geograficzny nie przekracza Odry i Nysy Łużyckiej.

      Skończywszy zaś (mam nadzieję) licytację na argumenta ad personam, dodam jeszcze, że informacja od innych nie zawsze jest wystarczającym źródłem do rzetelnej oceny.

Leave a Reply