Kategorie

Kalendarz

July 2015
M T W T F S S
« Jun   Aug »
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Leczenie dekretami

Ujął mnie Krystian Legierski. Logiką i prostotą argumentacji. Oznajmił publicznie, że winne obecnej serii zatruć dopalaczami są kolejne rządy i legislatorzy. Gdyby bowiem maryśka, koka i amfa, leczenie zatruć którymi jest już medycynie znane, były legalne — nikt nie sięgałby po czarnorynkowe, nowe i nieznane substancje, wobec których kapitulują lekarze.

Litościwie pominę próby przeniesienia tej metody argumentacji na grunt prawa o ruchu drogowym czy kodeksu karnego, choć oczywiście kusi legalizacja kradzieży, by uniknąć morderstw na tle rabunkowym. Legierski uważa najwyraźniej, że skoro ofiarę przedawkowania amfetaminy można medycznie uratować, to cały problem jest z głowy, zło pokonane.

Przerzucanie się polityczną odpowiedzialnością za głupotę i wynikające z niej dramaty paruset młodocianych jest zresztą mocno obrzydliwe. PiS wyprodukowało nawet specjalny spot wyjaśniający, iż to wina Tuska, rząd znów szuka źródeł, jak to lubi czynić, w latach 2005–2007. Żenujące, ale niezbyt zaskakujące.

Leczenie dekretami na bowiem mnóstwo zwolenników we wszystkich dziedzinach życia. Wkracza także w sprawy rodzinne. Dziś spełnię obietnicę pochopnie daną parę dni temu na Twitterze: wyjaśnię, czemu byłbym za liikwidacją sądów rodzinnych. Nie chciało mi się jak diabli, ale w końcu skrobnę.

Nie kryję, że ten mój pomysł ma cechy pokrewieństwa z tezą Legierskiego. Nie wątpię, że realizacja tej idei spowodowałaby lub pogłębiła wiele rodzinnych dramatów i niejedną dziecięcą tragedię. To oczywiste, bowiem bezsprzecznie znacząca część spraw w sądach rodzinnych ma sens, wiele orzeczeń zapobiega złu. Pytanie, jak wiele.

Nie wątpię jednak, że jest też wiele spraw, które same w sobie czynią zło; wiele decyzji, które pogłębiają problemy zamiast je łagodzić czy likwidować. Mówię to także w oparciu o osobiste doświadczenia, choć na szczęście dotknięty byłem w stopniu znikomym w porównaniu z najbardziej drastycznymi sprawami.

Czas na mą główną, szalenie kontrowersyjną tezę, któtej udowodnić na dodatek nie sposób — można ją intuicyjnie poprzeć lub odrzucić. Otóż twierdzę, że en masse sądy rodzinne czynią więcej zła niż pożytku, zaś samo istnienie tej sfery sądownictwa jest powodem wielu rodzinnych kryzysów i rozpaczy dzieci.

To sfera, w której leczenie dekretami ma najmniej sensu. Sfera, która nie poddaje się pomiarom, ocenie z zewnątrz, która zaś budzi najsilniejsze emocje. Poddanie jej procedurom podobnym do stosowanych w przypadku włamania do kiosku musi siłą rzeczy prowadzić do absurdów. I prowadzi.

Ustawodawca i sądy mają tego świadomość. Z sędziów odpowiedzialność więc w dużej mierze zdjęto powołując do życia Rodzinne Ośrodki Diagnostyczno–Konsultacyjne. Opinie ekspertów RODK są dla sądów niemal świętością, orzeczenia idące wbrew tym opiniom są rzadkością jak duże meteoryty w ziemskiej atmosferze.

RODK to moim zdaniem główny problem sądownictwa rodzinnego. Opinie powstają na podstawie krótkich rozmów i paru minut obserwacji najczęściej w siedzibie ośrodka, a więc w sytuacjach dalekich od codziennych. Rodzic, który faktycznie wychowuje dzieci, jest na z góry przegranej pozycji: eksperci niechybnie odnotują, że dzieci radośnie przywitały się z tym drugim, długo nie widzianym, niemal ignorując obecność tego, kogo mają na co dzień. A to tylko jeden z setek absurdów.

Konsekwentnie używałem dotąd słowa “eksperci”, trudno jednak nie zauważyć, że przygniatająca większość to kobiety. Ich perspektywa nie zawsze, ale bardzo często jest prosta. Nie umiem zapomnieć pani z RODK, którą wezwałem, by przed sądem uzasadniła swoją opinię. “Bo my zazwyczaj wierzymy matkom“, wyjaśniła. To nie był XIX wiek, to było w obecnym stuleciu w Polsce.

O metodach RODK mógłbym pewnie napisać książkę. Problem jednak się na nich nie kończy. Sędziowie uważają się za panów życia lub faktycznego niebytu, na jaki niejednokrotnie skazują jednego z małżonków, rodziców, dzieci. Także tu występuje absolutna dominacja jednej płci, choć wedle moich obserwacji “skrzywienie płciowe” w prowadzeniu rozpraw i praktyce orzecznictwa jest nieco mniejsze niż w RODK.

Różnorodność spraw jest tu o niebo większa niż we wszystkich innych rodzajach sądów. Mimo to sędziowie, RODK  i inni uczestnicy postępowań i procedur (OPSy, kuratorzy, policja, Niebieska Linia itp. itd. ) uparcie usiłują dopasować każdą sprawę do schematu. Ten zaś bywa zmienny w wyniku emocji, które skutecznie podsycają media.

One też są problemem tej sfery. Potrafią wszcząć straszliwy raban, że oto gdzieś bezprawnie i niesłusznie pozbawiono matkę kontaktu z dzieckiem, by za tydzień równie dramatycznie wołać “Gdzie były sądy, policja, państwo”, gdy w innej rodzinie dojdzie do dramatu. Dwa przeciwstawne schematy, lecz ta sama pewność, że dziennikarz wie, co byłoby dobre.

Rodzinne dramaty zdarzają się, odkąd ludzie wybrali ten sposób wspólnego życia. I będą się zdarzać. Niektórym sądy rodzinne zdołają zapobiec. Przy okazji spowodują kolejne. Niejedna rodzina rozpadła się dlatego tylko, że sądownictwo rodzinne istnieje — w przeciwnym razie próbowałaby zwalczyć problem sama lub żyła z nim, zapewne nieszczęśliwa. Pytanie, czy bardziej niż po werdykcie sądu.

Tego też oczywiście zmierzyć nie sposób. Świadom, że to, co napisałem, nie jest dowodem, świadom też, że nikt, nigdzie, nigdy nie wprowadzi jej w życie, podtrzymuję moją tezę, iż sądownictwo rodzine i w Polsce, i na całym świecie działa tak fatalnie, że jego likwidacja przyniosłaby więcej pożytku niż szkody.

36 comments to Leczenie dekretami

  • eumenes

    Mam to samo odczucie. Mam też przekonanie że urzędnik władzy do której się przyzwyczaił nie odda nigdy.

    W świecie zachodnim mamy raczej rozkwit różnego rodzaju Jugendamtów niż ich schyłek… dziecko staje się własnością urzędnika, który przecież lepiej wie co jest dziecku potrzebne niż rodzina.

  • dziś przez chwilę słuchałem wywodów p.Balickiego. To co usłyszałem można sprowadzić do następującej tezy : skoro już ludzie chcą ćpać to trzeba im dać coś takiego co ich nie zbije czyli oczywiście maryśkę. Być może w części wypowiedzi, której już nie słuchałem było coś o tym co zrobić żeby ludzie nie odczuwali chęci ćpania ale jakoś nie chce mi się w to wierzyć bo to chyba trochę “za trudne” – lud chce, ludowi trzeba dać…

    A co do sądów rodzinnych – też mam jedynie “przeczucie” : więź dziecko-rodzic, na którą nakładają się również niełatwe relacje między samymi rodzicami, jest czymś tak złożonym, że słuszność decyzji sądu rodzinnego będzie weryfikowana przez całe życie dziecka i to bez możliwości naprawienia krzywd będących skutkiem złych decyzji. Co oczywiście nie zmienia postaci rzeczy, że po kolejnym zakatowaniu dziecka przez rodzica będziemy się zastanawiać jak instytucjonalnie zapobiec takim tragediom… Bo skoro sąsiedzi chcą nie słyszeć ….

    • Ajgor

      Ludzie odurzali się od wieków z różnych powodów i obawiam się, że nie da się nic zrobić, żeby ludzie nie odczuwali chęci ćpania. Tym bardziej, że “ćpają” nie tylko małolaty. Palą trawkę ludzie w każdym wieku, a to też odurzanie się.

      • Pewnie, że się odurzali… różne pewnie były też motywy dlaczego sięgali po substancje odurzające… Zapewne dwoma z tych motywów były moda i chęć ucieczki od rzeczywistości.. Kiedyś pewnie nie były to najpowszechniejsze motywy ale dziś chyba już są istotne. A na to już, jeśli nie Państwo, to społeczeństwo czy jakakolwiek inna wspólnota, może mieć wpływ. Skoro naturalnym i oczywistym jest obowiązek odratowania po “mocarzu” to nie rozumiem dlaczego ma się umywać ręce od zrozumienia dlaczego się po niego sięga i od przeciwdziałania temu. Generalnie zaczyna przeważać pogląd, że nic nie da się zrobić ( również w imię wolności jednostki) więc należy jedynie minimalizować negatywne skutki ćpania przez zapewnienie “komfortu” tej czynności.

        • Ajgor

          Należy się interesować dlaczego dzieciaki i młodzież sięgają po te świństwa, natomiast skoro dorosły człowiek może się napić wódki, to dlaczego nie może zapalić maryśki? Sam nie palę.

          • ja nie o tym czy może czy nie – ja pisze o tym , iż nie zgadzam się z takim oto rozumowaniem, że skoro są substancje psychoaktywne mniej lub bardziej niebezpieczne to w celu łagodzenia skutków ich zażywania powinno się łagodzić restrykcje w dostępie do tych słabszych. Kwestie motywów sięgnięcia po narkotyki, profilaktyki zostawia się na drugim planie. I na przyklad odnoszę wrażenie, że gdyby nie autorytet medyczny nowego ministra zdrowia zostałby wdeptany w ziemie (słyszałem pomruki niezadowolonych) za sławetne “matka fruwa, ojciec fruwa to i dziecko fruwa” Po prostu obarczanie winą za sięganie po narkotyki czegoś co ogólnie uważa się za “zdobycze cywilizacyjne” i aktualnie obowiązujące rozumienie wolności jest passe.

    • eumenes

      Rzecz w tym że to zupełnie co innego. Jeśli dziecko jest katowane lub wykorzystywane przez rodziców to sprawa jest względnie jasna. Ale w żadnym z obecnie głośnych przypadków nie ma o tym mowy – jest coś o brudzie, biedzie, królikach…

      Jeśli ktoś znęca się nad członkiem rodziny to powinien pójść do pierdla i już. W przypadku zagrożenia można zastosować areszt. Ale nadal nie ma powodu WIĘZIĆ dziecka – tak jak w głośnym ostatnio przypadku: dziewczynka została wywleczona ze szkoły przez policję i uwięziona w domu dziecka – za co? Kto jest tu sprawcą a kto ofiarą?

      • I tak i nie… Zakatowanie dziecka, w mojej ocenie oczywiście, to nie jest nagły impuls… Oznakami , że do czegoś takiego może dojść , podkreślam, może dojść są zewnętrzne oznaki zaniedbania dziecka. Zawsze będzie problemem ocena co jest przyczyną tych oznak zaniedbania : nieporadność rodziców czy odrzucenie dziecka mogące skończyć się tragedią. Ale oczywiście w jednym się zgadzam – ochrona więzi dziecko-rodzic(ce) powinno mieć absolutny priorytet. Warunki materialne i bytowe, jeżeli tylko nie zagrażają życiu i rozwojowi emocjonalnemu dziecka, nie powinny decydować o odbieraniu dzieci rodzicom.

        • eumenes

          “Oznakami , że do czegoś takiego może dojść , podkreślam, może dojść są zewnętrzne oznaki zaniedbania dziecka.”

          To niech Pan jeszcze zamyka tych, którzy Panu wyglądają na bandytów i mogą w przyszłości kogoś obrabować. Z tego samego powodu.

          • nieogolona gęba czy kark jest czymś innym niż niedożywione, zalęknione, moczące się dziecko….

            • Niedożywienie to nie jest zewnętrza oznaka zaniedbania. Niedożywienie (poza skrajnymi przypadkami) wymaga już medycznej diagnozy. Zewnętrzną oznaką może być, że to dziecko jest chude i nie je drugiego śniadania w szkole. A to może być mylące.

              Bo tak: które dziecko jest bardziej zadbane – to, które dostaje od rodziców batonik i jogurt (albo 5 zł na batonik i jogurt), czy to, które dostaje świeże, robione rano “tymi ręcami” kanapki? Ale proszę sobie wyobrazić, że to drugie się wstydzi swoich zwykłych kanapek przed batonowymi kolegami. I – tając to przed rodzicami – nawet ich nie wyjmuje z plecaka. Pan patrzy i widzi całą grupę dzieci z nadwagą i tę jedną drobną dziewczynkę, która nie je śniadania. Zagadnięta o to będzie kręcić, wbijając wzrok w podłogę. Bo przecież się wstydzi tych kanapek z prawdziwym masłem, prawdziwą szynką, serem i warzywami. O których Pan nie wie. Ale Pan wie, skądinąd, że ona ma czworo rodzeństwa. Pochopne wnioski mogą przyjść dość pospiesznie, prawda?

              • każdy wniosek może być pochopny… Nawet ten na widok sińców… I dla jasności – znęcanie się nad dziećmi jest zapewne niewielkim procentem wszystkich problemów jakie sądy rodzinne rozpatrują. O wiele trudniej w nich o pomyłkę niż w sprawach o odebranie dzieci z powodu niedostatku czy innych niż przemocowe problemy rodzic-dziecko . Być może nawet więcej krzywdy dzieje się dzieciom poprzez decyzje w tych drugich sprawach – przecież to przyznałem. Przyznałem, że te krzywdy są nieodwracalne. Ale naturalnym odruchem jest, że gdy wydarzy się tragedia robimy rachunek sumienia czy aby wszystko zostało zrobione aby odpowiednio wcześniej zareagować – bo będę się upierał – zakatowanie dziecka nie wynika z impulsu… Mam też dość słuchania sąsiadów niepokazujących twarzy, że przecież nic nie słyszeli, nic nie widzieli, że to była taka porządna rodzina, że wtrącać się nie chcieli…

                • że przecież nic nie słyszeli, nic nie widzieli, że to była taka porządna rodzina, że wtrącać się nie chcieli…

                  Tyle, że dziecko potrafi się samo z siebie, bez żadnej przyczyny tak drzeć że z zewnątrz to musi rodzić wrażenie że ktoś je katuje. A to kulturalna (jednostronnie) dyskusja czy idziemy spać czy grać ;)

                  Stąd, zdając sobie sprawę z tego jak groźne jest dla rodziny, zwłaszcza wielodzietnej, kiedy na niej zawiśnie wzrok oka Sauro^H^H^Hopieki społecznej, nie wiem czy zaryzykowałbym doniesienie do odnośnych organów że odgłosy zza ściany są niepokojące.

                  • Wychodzi na to, że próbujesz mnie przekonać (@odys i @eumenes również) iż nie jesteśmy w stanie, ani Państwo ani lokalne wspólnoty, odczytać i zinterpretować sygnały które mogą świadczyć o przemocy, braku należytej opieki etc. wobec dziecka bez jednoczesnego wyrządzania szkód samemu dziecku i rodzinie jeśli nasze podejrzenia są niesłuszne.
                    Co więcej, niestety odczytuje też nie wypowiedziane wprost, twierdzenie iż jeśli zdarzy się to najgorsze (oczywiście nie jest ono tak częste w naszej kulturze ale zawsze szokujące) jest to cena jaką musimy zapłacić za to by nikt z buciorami nie wchodził w życie rodzin i poprzez swoje niedouczenie, brak wrażliwości, rutynę etc. narobił więcej szkód (przyznaję często nieodwracalnych) niż pożytku… Może macie rację. Ale to nie Wy osobiście tę cenę płacicie.
                    Mam świadomość, że jak głosi porzekadło, “dziecko szczęśliwe to dziecko brudne” – sam pamiętam radość taplania się moich dzieciaków w kałuży, wiem co to gdy młokos nie chce brać kanapek do szkoły, kto słyszy co wykrzykuje moja córka- nawet biorąc pod uwagę jej niepełnosprawność- powinien dzwonić na niebieska linię, ale trudno będzie mnie przekonać że mogły to być jedyne sygnały poprzedzające te największe tragedie dzieciobójstwa. Czy mam receptę na to jak prawidłowo interpretować sygnały które mogą (podkreślam: mogą) świadczyć, ze dzieje się z dzieckiem coś złego ? Nie mam. Ale w jakiś sposób próbować trzeba. Moim marzeniem jest aby większa rolę odgrywała tu lokalna społeczność/wspólnota niż Państwo – własnie z powodu obaw , które Wy artykułujecie…
                    I to tyle co mam w tej kwestii do powiedzenia…

                    • eumenes

                      Rzecz w tym że Pana ocena co jest dobre dla dziecka nie musi być wcale słuszna – a co dopiero ocena urzędnika, który może być wychowany w innej kulturze, mieć własne uprzedzenia i neurozy. Rzecz w tym że z was dwojga tylko Pan odpowiada za swoje czyny. Urzędnik może dziecko zabić i nie odpowie ani prawnie ani w jakikolwiek inny sposób.

                      Z tego powodu przekonanie że urzędnik cokolwiek zrobi lepiej od rodzica jest absurdalne. Owszem – w jakimś skrajnym przypadku może uratować jakiemuś dziecku życie. Ale statystycznie jednemu uratuje a pięciu zniszczy.

                      Czy państwo może stracić prawa rodzicielskie? Nie może i dlatego powinno się trzymać od dzieci możliwie z daleka. Karać przestępców i wspomagać rodziców którzy proszą o pomoc.

                    • No to mniej wiecej chcę powiedzieć, że się nie da. Pomijając przypadki drastyczne i oczywiste, typu kiedy ojciec wywlecze dziecko na podwórze i go tam okłada kłonicą.

                      Znam ludzi których normalny sposób wypowiedzi jest z powiedzmy bardzo gwałtowny. Ojciec ma tubalny głos i jego szept słychać przez 2 piętra, matka – włoski typ prowadzenia dyskusji, dzieci pyskate itd… I teraz to weź z jakąś patologią która dziecko katuje, ale po cichu. Żeby tą patologię “wychwycić”, musisz najpierw poświęcić tych tubalnych.

                      Rozwiązania dobrego nie ma. Co więcej – rozwiązanie nazwijmy to “tradycyjne”, tj “nie wtrącajmy się, będziemy wsadzać do więzienia jak będą ofiary”, też przecież jest nie do obrony …

                    • Rzecz w tym, że poruszają nas przypadki drastyczne i im chcemy skutecznie zapobiegać, ale nawet w tej rozmowie do ujęcia problemu używamy terminów niejednoznacznych. Cytuję: “odczytać i zinterpretować sygnały które mogą świadczyć o przemocy, braku należytej opieki etc.”

                      Zanim zaczniemy wnikać w kwestię “sygnałów” i ich “interpretacji”, pozwolę sobie zapytać o definicję przemocy i należytej opieki.

                    • A w ogóle to nie da się zadekretować miłości. A przecież o to chodzi w rodzinie. Nie?

                    • @odys & @eumenes

                      odnoszę wrażenie, że Panowie polemizują nie z tym co napisałem ale z tym co chcecie bym napisał by łatwiej zanegować kompetencje i sam sens działań zmierzających do reagowania na patologiczne zachowania w rodzinie względem dzieci…

                      Ty @eumenesie, jak rozumiem, buntujesz się wobec np. obowiązku szkolnego, modelowi edukacji i programowi nauczania gdyż wprowadziło to wszystko Państwo rekami urzędnika takiej czy innej rangi. I na dodatek robi to wobec Twoich dzieci do których nie ma żadnych praw a zwłaszcza praw rodzicielskich… Rozumiem, że czynnie sie buntujesz…

                      A Ty @odysie zadałeś pytanie o definicję przemocy… Hmmm.. Wiesz , że to pytanie zabrzmiało podobnie jak to powszechnie znane (Ty znasz na pewno) “Cóż to jest prawda?” Twoje pytanie, również ma zwolnić od odpowiedzialności i podjęcia decyzji – bo skoro nie wiemy co to prawda, co to przemoc… Miłości w rodzinie się nie zadekretuje – to oczywiste. Ale można próbować ograniczyć niszczące skutki jej braku…

                      Rozumiem, że chcecie bronić czegoś co i dla mnie jest jedną ze spraw fundamentalnych. Ale w tym przypadku zarówno postulat “wara od rodziny w każdym przypadku” jak i zakusy Państwa do nadużywania swojej siły w rozwiązywaniu rodzinnych problemów przynoszą równie opłakane skutki.

                      To już naprawdę wszystko. Dziękuję za tę rozmowę… Kurcze… Brakuje mi takich rozmów w realu :(

                    • eumenes

                      Rozumiem że chciał Pan błysnąć – ale nie, nie buntuję się bo mogę moje dzieci uczyć sam w domu.

                      Pomijam że akurat sam obowiązek szkolny nie ma wcale służyć dziecku tylko przede wszystkim PAŃSTWU. Już Hellenowie zorientowali się, że demokracja wymaga powszechnego szkolnictwa w określonym zakresie, nic się od tej pory nie zmieniło.

                      Powtarzam – urzędnik nie powinien się tykać cudzych dzieci nie dlatego że w jakiejś konkretnej sprawie nie może pomóc ale dlatego, że statystycznie rzecz ujmując MUSI zrobić więcej szkody niż pożytku. To wynika z samej konstrukcji systemu.

                      Jeżeli bowiem rzeczywiście społeczeństwo jest tak ciemne że rodzice będą krzywdzić własne dzieci to i ten urzędnik statystycznie jest przecież częścią tego społeczeństwa i tak samo będzie je krzywdził.

                    • cholera… oczywiście , że chciałem błysnąć .. ale widze, ze daremny trud :( Właśnie uświadomił mi Pan , ze KAŻDY administracyjny/legislacyjny/represyjny przejaw działania Państwa można tłumaczyć ciemnotą społeczeństwa, a że urzędnik/funkcjonariusz realizujący to działanie jest statyczną częścią społeczeństwa to z jego działania nic dobrego nie wyniknie… ciemny być bowiem musi…

                      A co do Pana buntu… Może Pan uczyć dziecko sam. Gratuluję szerokiej wiedzy. Ale i tak będzie Pan uczył tego co zadecydował urzędnik, często nie mający zielonego pojęcia o tym co nakazał uczyć.

                      Trudno przy Panu zabłyszczeć… poddaje się.

                    • eumenes

                      “a że urzędnik/funkcjonariusz realizujący to działanie jest statyczną częścią społeczeństwa to z jego działania nic dobrego nie wyniknie…”

                      Właśnie tak, świetnie Pan to ujął. Dlatego żadna prohibicja się nie udała jeśli społeczeństwo nie uważało picia za zło i np. zgłaszanie gwałtu na policję na polskiej prowincji mija się często z celem bo policjanci nie rozumieją w czym problem.

                      Podobnie jeżdżenie po pijaku dopiero teraz zaczyna być uznawane za coś złego i odpowiednio traktowane – a w pokoleniu moich rodziców nikt tego nie brał na serio, wszyscy jeździli a policjantowi wystarczyło dać w łapę bo sam pił i jechał – więc rozumiał o co chodzi.

  • Jerzy Maciejowski

    Panie Krzysztofie!

    1. Mnożenie różnego rodzaju sądów jest tak samo szkodliwe, jak mnożenie wszelkich innych instytucji. Można lubić lub nie instytucję Rzecznika Praw Obywatelskich, niemniej powołanie jej ma jakiś sens. Natomiast powoływanie rzeczników praw dziecka, ubezpieczonych, Bóg wie czego jeszcze tylko obniża rangę tego pierwszego urzędu (RzPO). Podobnie jest w przypadku sądów. Powinien być sąd gminny, powiatowy, wojewódzki i najwyższy. To musi wystarczyć.
    2. Rodzic, to ojciec. Matka to rodzicielka. Jeśli chcemy powiedzieć o jednym z rodziców, to trzeba to właśnie tak wyrazić. Inaczej pokazujemy, że bliższa jest nam kalka z angielskiego niż terminy polskie.
    3. Trzymajmy państwo jak najdalej od ludzi. A jak ktoś ma mentalność niewolnika, to niech nie ma pretensji, że państwo mu pcha nos w jego sprawy.
    4. To co z tymi książkami, na które ma Pan materiał? Kiedy szykować kasę?

    Pozdrawiam

    Jerzy Maciejowski

  • Woziwoda

    A to kto jak nie Sąd Rodzinny miałby “zasądzać alimenty”, często jedyne źródło dochodu dla pozostawionych na lodzie dzieci, współmałżonków, byłych współmałżonków, niedołężnych rodziców?

  • Ajgor

    Nie tylko opinie RODK sądy traktują jako święte, podobnie bywa z opiniami psychologów w sprawach karnych.

    “Zakazana psychologia” to książka T. Witkowskiego, psychologa, który potrafi krytycznie ocenić własne środowisko i pokazuje wiele przykładów jakie bywają tego efekty.

  • miab

    W sprawie dopalaczy, maryśka powinna być sprzedawana przez państwowy monopol tak jak jest wódzia(która do tego jest bardziej szkodliwa).
    W sprawie zabierania dzieci matkom tak ale dopiero jak się nie wyrobi po rocznym-dwuletnim okresie zasiłkowania(i tak zabrane do bidulu albo zastępczej jest kosztowniejsze).
    W sprawie ekspertów, to pewien Żyd(nie jest to obelga) dostał nobla za udowodnienie że statystycznie eksperci mylą się bardziej niż przeciętni ludzie, a bywa że bardziej niż małpa.

  • the_point

    “Ujął mnie Krystian Legierski. Logiką i prostotą argumentacji.”

    Argumentacja Niesiołowskiego jest “lepsza”:

    “Dlaczego ta plaga znajduje swoich obrońców, jest dla mnie niepojęte. Nie ma innej metody w tej sprawie jak twarda walka i nie można się cofnąć ani o krok…”

    Czyli problem nie został zdiagnozowany, ba, Niesiołowski, według własnych słów, pojecia o tym nie ma, ale recepta została wypisana, i to z zastrzezeniem, że “nie ma innej metody”.
    No po prostu: “nie ma”! ;)

    Szanowny poseł raczył był wyrazić się o nieistnieniu czegoś, o czym pojecia nie ma.
    Czyż nie piękne..? ;)

  • Atticus

    Obiecalem, ze napisze dlaczgeo sie nie zgadzam z panska ocena kammpanii i nie dotrzymalem slowa. W ten oto sposob podsumowalem, kazda moze i tamta kampanie wyborcza – coz, moze cos napisze.

    Tymczasem to o sadach rodzinnych ciekawsze. Ja dla przykladu nie zadalem sobie nigdy pytania- ze to cala odrebna rzeczywistosc. Jego kobiece skrzywienie dorownuje chyba tylko temu w szkolnictwie. To o schematach tez uderzajace, ale jesli caly serwis informacyjny jest schematyczny, a schemat cwiczony dzien w dzien, od dekady, czy dwu, 24 h na dobe, to jak inaczej? A czy kto z nas nie oglada serwisow informacyjnych schematycznie? Ze jeden zawsze zalewa kubkiem kawe i sadza de na kanapie, inny zerka katem oka, ale dzien w dzien tak samo. Stan ktory na glowie i obejrzyj raz Fakty, albo wlez do cebrzyka z zimna wada, zaloz skarpety na nadgarstki, bo ja wiem co? W kazdym razie mnie taka schematycznosc doprowadzila nie tylko do bezrefleksyjnego uznawania sadownictwa rodzinnego za rowonoprawne innym, w tym stopniu, ze nie postawilbym sobie pytania postawionego w felietonie, ale ze w ogole nie wydawaloby mi sie jakoby byla jakas przeslanka do zajmowania sie nim choc troche.

  • miab

    A propos leczenia dekretami. Jednym z ciekawszych pomysłów Piłkarzyka (obecnie na synekurze w Brukseli) był dekret kastracyjny.

  • > Litościwie pominę próby przeniesienia tej metody argumentacji na grunt prawa o ruchu drogowym

    No ale właśnie teraz mamy sutuację taką, przez analogię, kiedy jazda samochodem jest zabroniona, za to można się poruszać quadami, z tą samą prędkością za to z o wiele większą wypadkowości.

    Czy jeżeli nie dałoby się zabronić quadów, nie byłoby logiczne żeby poluzować zakaz poruszania się samochodami?

  • Po pierwsze — po części to mamy. Np. skuterami można jeździć bez prawa jazdy. A z kartą motorowerową mogą nawet 13-latki. Pojazdy te dają przecież znacząco mniejszą ochronę kierującemu niż samochody! To jak, może znieść prawo jazdy wszelkich kategorii i dozwolić małolatom powozić ciężarówkami?

    Po drugie (i o to jak sądzę szło KL) — przecież od lat sytuację nieskutecznych ograniczeń prędkości, nieskutecznych zakazów wyprzedzania, nieskutecznych znaków “stop”, zakazów wjazdu itd. Ot, przykład: co niektórzy warszawscy taksówkarze odcinają sobie światła cofania, aby nie było z daleka widać, że pokonują ulicę jednokierunkową cofając pod prąd. Nie tylko łamią przepis stwarzając zagrożenie, ale je potęgują — aby zmniejszyć ryzyko przyłapania. To co, mamy ogłosić, że ulicami jednokierunkowymi wolno jeździć na wstecznym? Usunąć wszystkie podwójne ciągłe, skoro nie potrafimy niektórych idiotów przekonać, że są obligatoryjne? Wpisać do kodeksu, że wyprzedzanie jest dozwolone bez ograniczeń, “na czwartego” i poboczem? Przecież od lat nie możemy wyplenić tej plagi.

    JKM i jego znajomi przekonywali od zawsze, że zniesienie limitów tylko podniesie bezpieczeństwo na drogach. Podobnie zresztą twierdzą że należy znieść prohibicję narkotyków wszelakich. Sęk w tym, że empiria potwierdza jednak skuteczność (przynajmniej na poziomie statystyk ofiar wypadków) działań przeciwnych: ograniczania prędkości, oraz surowego i w miarę nieuchronnego karania za łamanie ograniczeń. A jest przecież co nieco państw na świecie, gdzie organizacja ruchu jest, hmm, spontaniczna. I tam jakoś statystyki nie wykazują, by było bezpieczniej.

  • Po części mamy == nie mamy. Chodziło mi o hipotetyczną sytuację kiedy jazda samochodem jest zabroniona tak jak jest są zabronione narkotyki, a jednocześnie jest dostępny jej niebezpieczny legalny substytut (tak jak jest dostępny niebezpieczny i mniej lub więcej legalny substytut narkotyków).

    Co do cofania na wstecznym – tak, warto by rozważyć zniesienie jednokierunkowości albo zmianę kierunku jednokierunkowej, jeżeli prowokuje takie zachowania. Albo pójść w drugą stronę i skutecznie ścigać.

    Co do narkotyków – jeżeli jest ciśnienie w narodzie na tego typu rozrywkę a jedyną dostępną opcją jest opcja niezdrowa, której nie potrafimy zabronić, za to potrafimy zabronić marihuany, która jest jednak zdrowsza, to myśl o tym żeby ciśnienie rozładować wentylem legalizacji (bądź poluzowania restrykcji) trawki nie jest taka niedorzeczna.

    Owszem, warto też myśleć o dostarczeniu jakichś igrzysk które odciągną od narkotyków w ogólności, ale to długofalowe i niekoniecznie skuteczne.

    • miab

      Z ciekawszych: Maryśka na liście szkodliwości i uzależnialności znajduje się daleko za wódzią czy papierosami. Ale Tradycja ogłupiania i zbydlęcania pospólstwa (kultywowana mniej czy bardziej świadomie przez wadze i epidiaskopat) na razie triumfuje. Do tego wódzia poza negatywnymi skutkami zdrowotnymi wyrządza gigantyczne szkody społeczne.
      http://etxt.pl/prawda

      • Jednak mamy ponad tysiąc lat tradycji postępowania z wódką, zaś z trawką raptem 20-30, maksymalnie 2pokoleniową i bardzo wąską. Siłą rzeczy społeczeństwo jest bardziej przystosowane do radzenia sobie z zagrożeniami niesionymi przez wódkę niż z tymi niesionymi przez gandzię.

Leave a Reply