Kategorie

Kalendarz

June 2015
M T W T F S S
« May   Jul »
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
2930  

Więźniowie Kinderlager

Czas chyba na drastyczne środki zaradcze. Trzeba wszak ulżyć losowi milionów Polaków oszukanych przez rząd. Uwierzyli, że dzieci są nam potrzebne, bo emerytów za dużo i coraz więcej. Urodzili, wychowują i brną drogą przez mękę, a co krok, to szykana. Kupuj pieluchy, pierz, sprzątaj i pilnuj, płać za przedszkole i podręczniki, sprawdzaj, czy nie biorą, kajaj się, gdy coś zbroją. A już najgorzej, gdy trzeba gdzieś wyjechać.

Media i sieć pełne są rodzicielskich relacji z wakacyjnej gehenny. Przeczytałem właśnie dramatyczny, promowany na stronie głównej gazeta.pl, tekst matki, którą jacyś dranie wrobili w wakacje na Rodos z dwulatką. Już na dzień dobry rozczarowanie: “do plaży daleko”. I zaraz kolejne: “morze ryczy, córka się go boi”, plaża z głowy. Blisko hotelu tylko sklepy. Hotelowy placyk zabaw “zrujnowany”. Wszędzie daleko, a wózka pchać nie idzie, bo, wyobraźcie sobie, “upał”. Zwiedzanie stolicy — kolejna gehenna, bo “uliczki brukowane”, czego wózek znów nie lubi.

Autorka rozpacza, że nie dla nich drinki w hotelowym barze (all inclusive) czy nocny spacer po plaży. Dlaczego? “Wystarczy jednej porwanej Madeleine”. Co to ma do rzeczy? Usprawiedliwia bezczynność. Nieszczęsne małżeństwo spędzało więc całe wieczory na balkonie hotelowym pilnując dziecka i rozpamiętując wolność czasów, gdy córy na świecie nie było. “Zapomnij o ciepłych krajach z dziećmi, chyba, że chcesz się pomęczyć za dużo pieniędzy”, konkluduje więźniarka wakacyjnego obozu dla dzieci zapowiadając, że następne lato spędzi taniej i przyjemniej w Urlach nad Liwcem. Coś mi wszakże mówi, że tam też nie będzie szczęśliwa.

Zjeździłem z dziećmi pół świata. Sam. Pierwszy raz z niespełna dwuletnią Basią płynąłem do Szwecji, potem spędziłem z nią dwa cudowne tygodnie na Krecie, mocno do Rodos podobnej. Potem już z dwójką (a sporo także z “wypożyczonymi” dziećmi przyjaciół) jeździłem lub latałem stale, bardzo często na wyspy śródziemnomorskie i kanaryjskie. Ale Dominikana i Sri Lanka też miały z Rodos wiele cech wspólnych. Męczyłem się? Czasem, trochę, ale zawsze los mi (nam) to wynagradzał parę minut lub godzin później.

Podróże? Bezproblemowe. Także 11-godzinne loty czy 20-godzinne jazdy samochodem z postojami tylko na siusiu. Samolot, auto to takźe źródło atrakcji. Tak, trochę musiałem się napracować mając pod opieką nie swoją dwójkę, lecz siedmioro dość rozbrykanego towarzystwa w wieku od roku do lat 9, jak w jednym z lotów na Kanary — miałem wygodne miejsce z przodu, z dodatkowym miejscem na nogi, które rychło zamieniło się w przedszkole przyciągające wszystkie dzieci z samolotu. Mogłem wszak obserwować, jak ta wieża Babel (niemiecki, francuski, polski, angielski) próbuje się dogadać i już to czyniło atrakcję.

Hotele? Przeróżne, od najtańszych do średnio drogich. Jedne zrobione wzorcowo “pod dzieci”, inne mało im przyjazne. Nasz pierwszy raz na Kanarach, gdy Myszactwo miało 2.5 i 4.5 roku, to hotel będący wciąż placem budowy, o czym uprzedzono mnie przed wyjazdem. Mało nam to przeszkadzało, dla Tadzia było nawet atrakcją. Bywało brudnawo, gorąco (klima jest lub nie, a gdy jest, włączanie rychło kończy się powszechnym kichaniem), basen był lepszy lub gorszy albo żaden, żarcie różne albo wyżywienie we własnym zakresie. Bezproblemowo.

Wielokrotnie wynajmowałem chałupy zwłaszcza w konynentalnej Hiszpanii. Poza sezonem (a dopóki na dzieciach nie wisi obowiązek szkolny, masz taki przywilej) jest to bajecznie tanie. Masz prywatny ogród, basen, Mercadonę z cenami żarcia jak w Biedronce najdalej o 5-7 km, kuchnię najczęściej świetnie wyposażoną, a koszt poniżej urlopu nad polskim morzem. Owszem, raczej wymaga to samochodu, ale jak wspomniałem, 3 tys. km w jedną stronę nie było dla nas problemem. Dwa dni jazdy i po wszystkim.

Plaża i atrakcje były czasem o rzut beretem, czasem daleko. Na Kanarach, Balearach, wyspach greckich, a nawet włoskich czy na Malcie publiczny transport jest tani i rozwinięty. Wynająć samochód można za grosze — ryzyko kradzieży nikłe, więc ubezpieczenia tanie. Chyba nigdy na żadnej wyspie nie płaciłem więcej niż 120 euro za tydzień. Foteliki dla dzieci w cenie. Szosy wąskie, kręte, te główne zatłoczone, ale to żadna cena za widoki i doznania.

Miewaliśmy problemy, a jakże. Jakoś udawało się przekuć je w atrakcję. Mógłbym spisać grubą książkę o tym, co i gdzie spotkało nas złego. Był wypadek na Krecie, gdy unikając czołówki z jadącą z przeciwka taksówką, która wpadła w poślizg, walnąłem w barierkę, a Mysz akurat wyjątkowo z jakiejś przyczyny nie była zapięta. Nabiła sobie guza, późną nocą na wsiakij słuczaj odwiedziłem lekarza, którego jowialność tak się Baśce spodobała, że nazajutrz znów chciała do niego.

A to Tadeusz zgubił się we francuskim hipermarkecie czy na dworcu koło Disneylandu, a to na Karaibach w lutym zdołał jakoś ściągnąć ze szczytu szafy i wynieść w nieznanym kierunku swoje zimowe buty, więc w Europie wysiadł na śnieg w sandałach. Poinformowany, że jest wyłącznie sam sobie winien, zamiast marudzić żartował z własnej głupoty. Sporo było przygód z policją czy strażą miejską (parkowanie na wyspach czy wybrzeżu śródziemnomorskim to, owszem, kłopocik), ale dzieci zwykle rozbrajały surowość funkcjonariuszy.

Knajpy? Te hotelowe i te zewnętrzne stały przed nami otworem. Choćby o północy, zwłaszcza w Hiszpanii i jej byłych koloniach, gdzie nocami w każdej restauracji urzęduje spore spadko bachorków. Spacery? Wszędzie, do woli. Z wózkiem też przebyłem sporo kilometrów i jakoś specjalnie nie narzekałem ani ja, ani pasażerowie. Zatłoczony autobus w upale bez klimy? Ok, to raptem pół godziny. Pociąg na Sri Lance, kopia scen z Indii? Rewelacja, atrakcja, choć ścisk niemożebny. A na drugim biegunie przejażdżki TGV czy ICE, gdy dzieci wątpiły, czy jedziemy, bo cicho i nie trzęsie.

Czy dzieci mogą się znudzić wielogodzinną przeprawą promem? Nigdy, zapewniam, jeśli pokazać im atrakcje na pokładzie. Na zwykłym promie ich niewiele, ale dla dwulatki radością będzie już bieganie tam i z powrotem przez stumetrowy, pusty korytarz między kabinami. Co zrobić, gdy w samolocie Myszactwo chce pić, a sklep pokładowy drogi jak diabli? Bajeczka o cudach, które kupimy po lądowaniu, plus jedna puszeczka soku na spółę na pięć godzin, jakoś załatwiają sprawę.

Itp., itd. Mógłym tak w nieskończoność, bo wszystkie nasze podróże, pół miliona kilometrów przebytych z dziećmi, wciąż dobrze pamiętam. Łatwo byłoby ogłosić, ileż to problemów mieliśmy, po czym szukać winnych, od Kaczńskiego i Tuska po media, złą obcą policję, pogodę, która jest tak dobra, że aż za bardzo, producenta nocnika z pozytywką, w której za sprawą tego, co z definicji ma do nocnika wpadać, doszło do trwałego zwarcia, a to środek nocy w zagubionej w śniegu, odciętej od świata chałupie na słowackim Podtatrzu…

Wszystko to wspominam jako jedne z najlepszych chwil w życiu. Myszactwo także — zadziwiające, jak wiele pamiętają z tych podróży. Tadeusz ze śmiechem wspomina, że na Kanarach jako 3-latek bał się zielonej lampy, z dumą zaś mówi, ile samodzielności wykazywał jako berbeć na Karaibach. Baśka na wspomnienie kelnera, który na Santorini serwował dwulatce lody z wetkniętymi flagami Grecji i Unii Europejskiej (tak, tak…) i tytułował ją “mademoiselle”, czego znaczenie wyjaśniłem starannie — do dziś ma iskierki w oczach. To było chyba jej pierwsze zauroczenie.

Trochę jeździła z nami moja była kochana K. Raz zdecydowałem się na “pana nianię” (bo K. oznajmiła, że jeśli w ogóle, to facet). Ale wierzcie mi, samemu w sumie łatwiej, bo gdy mniej rąk do obsługi dzieci, te automatycznie redukują swoje potrzeby. Nigdy nie znika jedna: chcą wiedzieć. Co, gdzie i po co. Z mieszanymi uczuciami wspominam więc postój na siusiu i kolację (mleko z kulkami zbożowymi) na parkingu przy autostradzie na klifie ponad Cannes. Pech chciał, że gdy zapytały, co to za feeria świateł, odparłem, że to “sławne francuskie miasto”. Przez następne pół godziny bezskutecznie próbowałem wytłumaczyć 3-latkowi i 5-latce, co to znaczy, że miasto jest “sławne”. Ok, bywają trudne chwile. Je także wspomnicie z radością, jeśli kochacie swoje dzieci.

8 comments to Więźniowie Kinderlager

  • Ajgor

    Bo kretyni nie powinni mieć dzieci :-) . Szczerze mówiąc zastanawiam się , czy ta relacja jest prawdziwa, czy zmyślona, po to aby ludzie mieli co komentować.

  • Może w ramach becikowego nowi rodzice powinni od rządu dostawać chustę. Z miejsca połowa problemów z głowy :-P

  • Krzysztofie,
    Gdybyś chciał jeszcze zorganizować wycieczkę z watahą dzieciaków, to ja chętnie zgłaszam swoją piątkę ;)

    Chapeau bas

  • Jerzy Maciejowski

    Pani Krzysztofie!

    Zamiast pisać o czym Pan mógłby napisać, niech Pan pisze! My będziemy czytać. :)

    Pozdrawiam

    Jerzy Maciejowski

  • r306

    Folllow – z ta husta to bywa roznie. Pierwsze wychodzic z nie nie chcialo. Nie wiedzialem dzieki temu co to stres podczas zakupow czy pieszych wycieczek. Za to jazdy samochodem nienawidzilo.
    Drugie odwrotnie – w huscie max pol godziny, pozniej juz przebieralo nogami i sie darlo. Natomiast mniej problemow w aucie. Samolot obie lubia… najczesciej spia – ten zbawienny gwaltowny spadek cisnienia zaraz po starcie…
    Kazdy wyjazd to jednak spory stres – glownie zwiazany z pakowaniem. Obroslismy w mase zbednych rzeczy dla dzieciakow, ktorych zabranie wydaje sie abslutnie konieczne, chociaz pozniej wracaja czasum nawet nie wyjete z bagaznika. Za kazdym razem tlumaczymy sobie, ze nastepnym razem ilosc rzeczy ograniczymy o polowe i nadal sie to nie udaje.

    A stres na wyjazdach… hmmm no pewnie, ze to nie jest to samo, co podczas wyjazdow tylko z druga polowa, jest inaczej, ale nigddy bym nie powiedzial, ze gorzej.
    Czy da sie porownac przyjemnosc samotnego szusowania z meka fizyczna podciagania malucha na nartach, ciaglego podnoszenia go po upadkach i jednoczesnie pekania z dumy, gdy z po kazdym takim cyklu widac jak sobie lepiej radzi?

    To nie sa dla mnie rzeczy w jakikolwiek sposob porownywalne. Masz dzieci – jest inaczej. Koniec i kropka.
    Ostatnio ogladalem fajny dokument o nagrywaniu przez Metallice plyty. Stateczni panowie spedzali czas na dyskusjach, czasem o cos sie poklocili. Ale wspolne nadal ich napedzalo. A lider zespolu walczacy z wlasnym alkoholizmem po czasach potrzebujeinfoedzmy rozrywkowych stwierdzil, ze to byly czasy NUDY – kazdego ranka budzil sie na kacu z obca kobieta w lozku. Zero zaskoczen. Ten sam scenariusz. Teraz, z dwojka dzieci dla ktorych chce byc dobrym ojcem, kazdy dzien jest inny, zaskakujacy. I, kurde, cos w tym jest….

  • eumenes

    Ach, niechby się wybrała z takim półtoralatkiem na objazdówkę po Brazylii :D
    Nie artykół tylko cała książka by powstała!

  • @r306 – Właśnie chyba w tym rzecz. Z dziećmi jest inaczej i nie powiedzielibyśmy, że gorzej. Ale jeśli ktoś dał sobie wbić jeden jedynie słuszny model, jeśli nie życia to “czasu wolnego”, to dziecko jest dlań wstrząsem. Tych ludzi nikt nie uprzedził, że będzie inaczej. Ani nawet, że “inaczej” jest możliwe.

Leave a Reply