Kategorie

Kalendarz

December 2014
M T W T F S S
« Nov   Jan »
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031  

Niezawisłość strażaka

Druga linia warszawskiego metra nie ma łatwiej niż Pendolino. Hejtu w necie co niemiara. Prawactwo wiedzie prym, ale oczywiście nie byłbym sprawiedliwy imputując wszystkim wyłącznie polityczne motywacje krytyki obu przedsięwzięć. Rozkład głupoty jest równomierny, polityczne sympatie i antypatie sprawiają tylko, że jedni są skłonni przywalić przy każdej okazji, inni zaś czasem się powstrzymają, Ale czasem też walną.

Miał być 2012, ale to był termin najzupełniej nierealny. 2013 wydawał się bardziej prawdopodobny, ale też nie wypalił, więc otwarcie II linii miało być tej jesieni. Techniczną gotowość udało się osiągnąć w listopadzie, w okolicach pierwszej tury wyborów, więc władze miasta raczyły nas nadzieją o początku grudnia. Potem, że “na Święta”. Po wyborach HGW zaczęła mówić o styczniu. Dziś jest niemal jasne, że pasażerowie pojadą drugą linią nie wcześniej niż w lutym.

Od gotowości technicznej do formalnej droga jednak daleka. Trwają testy. Czy wszystkie schody są dostatecznie szerokie, by w razie paniki nie spowodować korka; czy wentylacja działa, jak trzeba, czy dwa jednocześnier wjeżdżającre na stację pociągi nie masy powietrza grożącej niewydolnością systemu; czy elektronika, elektryka i mechanika w tunelach wytrzymuje wilgoć, temperatury, zmiany ciśnienia; przede wszystkim zaś — czy prawdopodobieństwo pożaru jest wystarczająco niskie, instalacja alarmowa i samogasząca sprawna, strażacy przeszkoleni, system łączności działa, drogi ewakuacji ustalone i dobrze oznaczone.

Strażacy grają tu pierwsze skrzypce i to głównie z ich “winy” Inspiro wciąż nie mogą wozić pasażerów pod Świętokrzyską. Zabawne, że wszyscy ci, którzy bez mrugnięcia okiem głoszą, że “reżim Kopacz” ręcznie steruje sądami — nie dziwią się, że tenże reżim nie jest w stanie nacisnąć na straż pożarną, by przestała marudzić. Co prawda sędziowie mają swoje gwarancje konstytucyjne, a minister sprawiedliwości sprawuje nad sądami jedynie “ogólny nadzór”, straż podlega zaś ministrowi spraw wewnętrznych bezpośrednio, służbowo.

Najwidoczniej krytycy III RP wierzą jednak w niezawisłość strażaka i nie dziwią się, że gdy ten marudzi, państwo nic nie może poradzić. Może dlatego, że już w przedszkolu lubimy mówić “będę strażakiem” i ten sentyment umacniamy przez całe życie. Bo straż nie tylko ugasi ogień, ale wodę z piwnicy wypompuje, kota z drzewa zdejmie, wejdzie przez balkon do zamkniętego mieszkania na VII piętrze, by udzielić pomocy. Dzięki straży pożarnej zaufanie obywateli do państwa jeszcze nie zgasło.

Pendolino też potrwało. Pomoijając pierwszą przymiarkę z lat 90., prace nad przetargiem ruszyły w 2006. Zarząd z nadania PiS zdążył przetarg ogłosić późnym latem 2008. Rok później doszło do zmiany warty, a małe zainteresowanie oeferentów sprawiło, że rozstrzygnięcie nastąpiło w maju 2011. Pierwszy skład dotarł w sierpniu 2013. Testy homologacyjne i eksploatacyjne zajęły 16 miesięcy. Od 5 dni polskie ETR610 wożą pasażerów.

Sporo pisałem o inwestycjach, które ciągną się bez porównania dłużej niż nasze. Także w najbardziej rozwiniętych krajach. Jasne jednak, że można szybciej. Im mniej normalny kraj, tym tempo wyższe. Ukraińcy w 2010 zapragnęli mieć w miarę szybkie pociągi na Euro2012. Zdążyli. Co z tego potem wynikło, opowiem niedłiugo. Zaprawdę wielce pouczająca historia.

27 comments to Niezawisłość strażaka

  • Primo: Być może krytycy III RP nie wierzą w ogóle w niezawisłość strażaka.
    Wówczas to, że straż blokuje oddanie metra jest przykładem, że władza jest do bani, nie panuje nad swoją własną biurokracją. W rządzonym silną, prawicową ręką państwie straż czy inna policja nie pyskuje władzy, tylko trzyma ruki pa szwam.

    Secundo: Kto dziś pamięta o opóźnieniach odbiorów terminalu 2 na warszawskim Okęciu. Też strażacy. Miał być skandal na całą Europę.

    Tertio: Z punktu widzenia szeregowego wyrobnika w biurze architektonicznym, strażak (tj. rzeczoznawca ochrony ppoż) to faktycznie zawód marzeń. Nasz strażak np., co do niego nie zadzwonimy, to jest akurat na nartach w Alpach, albo na innym urlopie. Złośliwi powiedzą, że na jego służbowy ekwipunek składa się tylko stempel i portfel.

    A już tak bardziej serio: Przepisy budowlane puchną w ogromnym tempie, szczególnie w dziedzinie ochrony ppoż. Trudno się oprzeć wrażeniu, że strażacy mają niemały wpływ na ustawodawcę.

  • testigo

    @ Krzysztof Leski @odys / “Czy wszystkie schody są dostatecznie szerokie, by w razie paniki nie spowodować korka;”

    - z punktu widzenia dziecka architekta: myślałbym, że na to są “wyliczalne” normy, ni?

    Z metrem to chyba nie jest problem w jakości stopu stali na szyny, tylko w jakości jęzora, który stale (nieustannie, cyklicznie) je “obiecuje”

    • Krzysztof Leski

      Polityczne jęzory tak mają. Wiesz, ile było kolejnych deklaracji i terminów otwarcia lotniska BER (EDDB)?

      • testigo

        @ “BER (EDDB)”
        A co mnie – Branderbury? Norma?
        Jakoś mnie głowa w brandenburskie kałduny nie boli…

        że “polityka to w krysztale pomyje” – ?
        A to już wiemy od pewnego czasu.
        Jednak z panią Romaszewską także o tę kryształowość wojujesz.

        Bo są jakieś imponderabilia, tak?

    • @Testigo “myślałbym, że na to są “wyliczalne” normy, ni?”
      Hmmm…

      Niby te wszystkie obowiązujące przepisy mają jakieś źródło w realiach (kiedyś po necie krążył zabawny tekst wykazujący, że gabaryty rakiet NASA są pochodną gabarytów końskiego zadu)… Ostatecznie jednak liczy się zagmatwana litera prawa i tej litery interpretacja.

      Przykład (z innej, nadziemnej, beczki): taki banał jak wysokość balustrady (na schodach, balkonie itd). Przepisy nakazują min. 110 cm nad posadzką. Okna zaś muszą mieć parapet na wys. 85 cm, lub jeśli ten jest obniżony, muszą mieć barierkę na tejże wysokości. I wszystko jasne. Wszystko? Jest takie popularne rozwiązanie zwane portfenetrem (takie drzwi balkonowe bez balkonu). I wyobraźmy sobie, że projektujemy oszklony otwór w ścianie, z progiem 30 cm. Z jednej strony – okno o obniżonym parapecie (balustrada 85 cm nad posadzką). Ale może to już portfenetr (balustrada 110 cm)? Jeśli zaś portfenetr, to wys. balustrady mam liczyć od posadzki w mieszkaniu, czy od progu, na który może wszak nierozsądny użytkownik stanąć i wychylić się przez zbyt niską balustradę, ryzykując śmiercią lub jeszcze czym gorszym? Projektowana balustrada ma więc mieć pół metra (85 cm nad posadzką), czy też dwakroć większa (i droższa), z poręczą na linii wzroku (1,4 m licząc od posadzki)? Jeśli użytkownik wypadnie przez normalne okno, to jego problem. Ale jeśli wypadnie przez takie, którego balustrada jest dyskusyjna, to projektant też może mieć kłopoty. I bądź mądry, rysując detal w skali 1:20.

      Takich pułapek jest w prawie budowlanym, rozporządzeniach (Warunki Techniczne) i normach (niektóre są obligatoryjne, inne nie), cała masa. Ogromnie dużo z nich dotyczy bezpieczeństwa pożarowego, a tu szczególnie trudno o odstępstwa. I ostatecznie liczy się interpretacja rzeczoznawcy odbierającego, bo kwestie ppoż są jedynymi, które muszą być wypełnione zgodnie z przepisami obowiązującymi w dniu zakończenia budowy, a nie opracowania projektu budowlanego.

      Niezwykle trudnym zagadnieniem jest oddymianie. Dym jest bodaj największym zagrożeniem podczas pożaru. Projektuje się więc w dużych obiektach potężne systemy wentylacyjne tylko do oddymiania, których wydajność określa się symulacjami i obliczeniami. A przy odbiorze jest robiony test: obiekt jest sztucznie zadymiany i mierzy się, czy system działa zgodnie z wymogami. I nie zawsze działa. Albo np. jest wydajny, ale tak głośny, że zagłusza komunikaty nadawane przez głośniki systemu informacji (o ewakuacji itp.). Obliczeniowo się to zgadzało, a w rzeczywistości nie. I kto ma płacić za wprowadzenie zmian?
      Albo: strażak opiniujący projekt miał swoje zdanie w kwestiach dwuznacznych, a odbierający powiedział no pasaran! Na tym zawisło na kilka miesięcy, jeśli mnie pamięć nie myli, Okęcie.

      A przecież i to testowane pozorne zadymienie jest “normowe”, oparte na jakichś współczynnikach. Prawdziwa katastrofa jest wszak nie całkiem (lub całkiem nie) przewidywalna.

      I tak to się kręci.

      Przepraszam za nadmiar gadulstwa nie na temat.
      Chciałem tylko wskazać, że “ścisła” inżynieria niezwykle często opiera się na narzuconych z góry parametrach, których związek z realiami bywa odległy i wątły. I nierzadko wzbudza podejrzenie, że zapis powstał za podszeptem producenta konkretnego rozwiązania. A diabeł tkwi w interpretacji.

      Ale to wszystko, podobnie jak nagrywanie rozmów telefonicznych w każdej infolinii, jest dla naszego bezpieczeństwa.

      Dobrej nocy

      • dzzn

        Zaczepił Pan o temat, który mi wielce leży na wątrobie. Podobnie jak każdemu, kto się z przepisami budowlanymi zetknął w praktyce, budując cokolwiek.
        Nie ma co dyskutować z większością regulacji dot. budynków i budowli użyteczności publicznej (tą większością wynikającą z troski o bezpieczeństwo użytkowników). Tam, gdzie się przewalają tłumy, trzeba dmuchać na zimne (np. nadmuchać dymu, żeby sprawdzić systemy wentylacje). Ale każdy, kto choć raz przeczytał rozporządzenie o warunkach technicznych, jakie powinny spełniać budynki i odniósł jego zapisy do budownictwa jednorodzinnego, musiał odetchnąć z ulgą. Bo wreszcie, po latach, pojął, o co chodziło pani polonistce z tą groteską i teatrem absurdu.
        Nie ma usprawiedliwienia dla pomysłów typu miejsce parkingowe co najmniej 7m od okna. Żeby chociaż cudzego, ale gdzie tam – po prostu okna. Najbliższego. Niby dlaczego ktoś mi mówi, gdzie mam na własnej działce parkować? Może to Pan jakoś przekonująco uzasadnić? A wzór na wysokość schodka? A szerokość tych schodów? Ludzkość budowała sobie od wieków domy, kościoły, zamki, ratusze, tamy, młyny i całe mnóstwo innych obiektów. Wiele z nich stoi od kilkuset lat. I, jak dobrze pójdzie, postoi następne kilkaset. I nie trzeba było do tego żadnych ustaw i rozporządzeń. Wystarczał zdrowy rozsądek. A gdy komuś go przy budowaniu zabrakło, przechodził do legendy (i czasem do krainy wiecznych łowów) jako pouczająca przestroga dla reszty. I tyle.
        Nie twierdzę, że należy wrócić do zwyczajów z tak odległych czasów. Twierdzę, że wiele przepisów należałoby przewietrzyć. Tylko koniecznie bez udziału tzw. fachowców, szczególnie urzędników związanych z dziedziną. Nie żebym ich wszystkich o złą wolę czy głupotę posądzał. Po prostu, wiedząc na dany temat bardzo dużo, próbują wszystko przewidzieć oraz zapobiec wszystkiemu, co może się zdarzyć i czasem się dzieje. I podejmując te próby, kwestie stosunkowo proste zmieniają w bardzo skomplikowane. Zamiast pozostawić wiele zdrowemu rozsądkowi ludzi. Że ludzie nie są rozsądni? Ależ są. Wtedy, gdy muszą. Samo życie ich tego rozsądku uczy.

        • Panie Dzzn,
          Odpowiedź wychodzi mi zdecydowanie przekraczająca ramy komentarza, w dodatku oftopowego, za co przepraszam.

          Budownictwo jest absurdalnie przeregulowane.
          Odległości miejsc postojowych od okien pomieszczeń na pobyt stały są jednym z niezłych przykładów. Ten zapis implikuje szereg absurdów. Zwrócę tylko uwagę, że dotyczy miejsc dla samochodów… osobowych. Miejsce dla ciężarówki można lege artis zaplanować pod oknem sypialni teściowej.

          Ale nie wylewajmy dziecka z kąpielą.
          Wzór na proporcje schodów jest stary jak świat i o jego słuszności przekona się każdy, kto będzie zmuszony poużywać schodów źle zaprojektowanych.
          Domy, nawet jednorodzinne, buduje się nie tylko dla siebie, ale także dla nieznanych użytkowników, którzy przyjść mogą później. Wliczając w to nas samych za lat dziesiąt, gdy na zupełnie zwykłych schodach dostaniemy zadyszki. Gdy będzie Pan kupować od kogoś dom, albo odziedziczy go po krewnym żony, nie sprawdzi Pan eksperymentalnie nośności stropu, wytrzymałości dachu, izolacyjności termicznej ścian, sprawności piorunohronu. Nie będzie Pan mierzył każdego stopnia w schodach, sprawdzając czy są równe i nie przyprawią Pana rodziny o wybite zęby. Nie będzie Pan domierzał, czy po schodach da się wynieść na noszach chorego czy rannego. Założy Pan z góry, że instalacja gazowa i elektryczna są zrealizowane jak trzeba i włączenie jednocześnie piekarnika i suszarki do włosów nie zagrozi katastrofą. Właśnie dzięki temu, że regulacje trzymały w ryzach projektanta i wykonawcę.

          “Zdrowego rozsądku” najtęższej głowy nie wystarczy na przewidzenie wszystkich implikacji przy tak skomplikowanym zamierzeniu, jak nowoczesny dom. Tam jest więcej kombinacji niż w meczu szachowym.

          Budynki sprzed wieków też podlegały zasadom sztuki budowlanej, gwarantowanych przez majstrów (cechy!). I były wielokroć prostsze niż dzisiejsze budowle. Chałupa powstawała wg jednego regionalnego wzorca, wypracowanego przez stulecia, z dwóch do pięciu materiałów budowlanych, o których każdy majster wiedział prawie wszystko. Nowe technologie wprowadzano bardzo powoli i ostrożnie. A i tak co jakiś czas całe miejscowości szły z dymem pożarów, albo traciły dachy od nawałnicy. Dzisiejsze budownictwo, wielokroć bardziej złożone, jest też wielokroć bezpieczniejsze.

          Przepisy budowlane wymagają bardzo solidnej rewizji, a nawet nowej ustawy.
          Ale pomysły z wyjęciem zabudowy jednorodzinnej (czy jakiejkolwiek) poza prawo są delikatnie mówiąc pozbawione wyobraźni.

          Pozdrawiam,
          Odys

          • dzzn

            Panie Odysie
            Zaszło nieporozumienie. Z pewnością przyczyną był niedostatek moich talentów w dziedzinie komunikacji werbalnej.
            1. Nie jestem aż tak radykalnie liberalny, by optować za wyłączeniem budownictwa jednorodzinnego spod wszelkich regulacji. Po prostu uważam, że należałoby sprawę uprościć. I to bardzo.
            2. Na ile bardzo, uświadomił mi Pański przykład ze stropem. Któren jest oczywiście dużo ważniejszy niż miejsce parkingowe czy jakiś głupi schodek.
            3. Bo co do schodów – pozostanę przy swoim zdaniu. Rzecz jasna, wzór na schody jest wielce pożyteczny, ale jako pewna porada, zalecenie. Jako norma to czysta głupota. Bo daje szansę geniuszowi z nadzoru do pokazania, kto tu jest naprawdę ważny i udowodnienia, że sensem istnienia organu kontrolnego jest ciągłe uzasadnianie jego istnienia poprzez niszczenie tych tam… szaraków. Naprawdę uważa Pan, że ktoś, kto inwestuje setki tysięcy, zbuduje sobie we własnym domu jakieś niebezpieczne pionowe monstrum? Przecież ma po nim chodzić przez długie lata.
            4. Zupełnie nie przekonuje mnie argument, że z domu korzysta nie tylko właściciel i stąd ta troska regulatorów. O moich gości dbam osobiście, państwo mi do tego niepotrzebne. Zresztą w myśl innych przepisów tego państwa jestem już odpowiedzialny za ich bezpieczeństwo. Majątkowo. Więc o co chodzi? O budowanie piętrowych zabezpieczeń? Moim zdaniem – bzdura. Zaś co do ewentualnych nabywców czy spadkobierców – widziały gały, co brały. To wystarczy, naprawdę. Skoro wystarcza np. przy samochodach, dlaczego nie przy domach?
            5. Na koniec – pisząc o czasach zaprzeszłych, tak naprawdę odpowiedział Pan na pytanie, jak być by mogło, a może i powinno. Dlaczego odpowiedzialności za jakość budynków nie złożyć wyłącznie na barki projektantów i wykonawców? Majątkowej i karnej, dożywotniej. Przypuszczam, że jakość owa byłaby wyższa niż dziś, bo dziś to wszystko się zgadza na papierze, a co pod tynkiem, wiedzą tylko murarze. Wiem, że dziś też ona na nich spoczywa. Ale rozmyta i słabo egzekwowana. Tylko co robiliby pracownicy wydziałów budownictwa i nadzoru po takiej rewolucji? I tu spoczywa ten czworonóg, prawda?
            Przepraszam, że tak rozwlekle i niekoniecznie mądrze, ale za to – z serca.
            Pozdr.

            • Panie Dzzn,

              Odpowiem tylko na punkt 4., by nie zagłębiać się w kwestie branżowe.

              Próbowałem wykazać, że “nie widzą gały co biorą”, bo przedmiot jest wielokrotnie zbyt złożony, by nawet znawca mógł wszystko sam zmierzyć i sprawdzić.

              Przykład samochodów jest właśnie bardzo trafny: ich konstrukcja jest bardzo ściśle regulowana ogromną masą przepisów i norm, każdy typ przechodzi homologację, a każdy (prywatny!) egzemplarz musi regularnie przejść badanie techniczne.

              Nie każdy potrafi wyłapać przekręcony licznik i zaszpachlowany błotnik, ale nikt nie musi kupując samochód zastanawiać się, czy poprzedni właściciel wstawił do swojego auta wszystkie normalne podzespoły. Nawet jeśli klient uważał za zbędny piąty bieg, nagrzewnicę i lewy kierunkowskaz, bo jeździ tylko latem, nie szybciej niż 50 km/h i nigdy nie skręca w lewo. Więcej: nie tylko kupując ten pojazd, ale przede wszystkim mijając go na ulicy możemy ze spokojem myśleć, że jest standardowo kompletny i sprawny.

              Proszę sobie zrobić ćwiczenie wyobraźni i pomyśleć, że rynek samochodów obejmuje wyłącznie samoróbki i prototypy. Że nie ma produkcji masowej, każdy swój pojazd złożył sam, albo mu go zrobiono w garażu na prywatne zamówienie, względnie wg gotowego projektu (z indywidualnymi zmianami, a jakże).

              O ile bardziej chcielibyśmy ufać, że ktoś jednak pilnuje standardów, czyż nie?

              • dzzn

                Panie Odysie
                Przykład z samochodami rzeczywiście daje do myślenia. Na oko ma Pan rację, ale wiadomo, kto i gdzie na nie umarł, prawda?
                Otóż przy tych wszystkich cudownych przepisach i normach regulujących konstrukcję współczesnych pojazdów sytuacja jest taka, że dzisiejsze automobile kończą swój żywot dużo wcześniej niż te sprzed lat kilkudziesięciu i kilkunastu. Nazwałbym to paradoksem, gdybym wierzył, że panom regulatorom, panom konstruktorom i panom właścicielom tak to jakoś samo przypadkiem wyszło. Dla mnie, zwykłego ludzia, oznacza to w praktyce wielki kłopot przy zakupie, jeszcze większy w eksploatacji i potężny uszczerbek materialny – na starcie, w finale i pomiędzy. Co moim zdaniem świetnie obrazuje, do czego prowadzi dyspepsja w zakresie uszczęśliwiania ludzkości na siłę przy pomocy prawa. Jak będzie z domami – czas pokaże. I raczej nie nam.
                Wracając do pojazdów – z tymi badaniami technicznymi i moim rzekomym zaufaniem do stanu technicznego tego, co jeździ po ulicach, to już Pana fantazja poniosła. Według mnie oczywiście. W naszej Polsce wciąż funkcjonują tysiące wraków, sklejaków i szpachlaków. Wszystkie wożą dokument potwierdzający ich – a jakże! – nienaganny stan techniczny. I żeby wszystko było jasne – wcale nie czuję się bezpieczniej, kiedy przejeżdża obok mnie coś nowego i błyszczącego. Bo i stan techniczny pojazdów czy budynków, i moje bezpieczeństwo nie zależą od żadnych norm, przepisów i papierków, ale od zdrowego rozsądku i uczciwości ludzi. To się nigdy nie zmieni. Jedyną praktyczną funkcją bardzo wielu norm, przepisów i papierków jest przekazanie władzy nad losem ludzi w ręce kogoś – urzędnika, polityka, sędziego.

                Dwie uwagi na marginesie.
                1. Nie jestem jakimś liberalnym rewolucjonistą od Korwina czy innego polityka. Jestem tylko za zdrowym rozsądkiem, który świat próbuje zastąpić papierkami, zdejmując z ludzi poczucie odpowiedzialności.
                2. Gdyby tak rzucono dziś na rynek samochód o konstrukcji z lat 90., powiedzmy benzynowy silnik VW 1,6 8 zaworów albo tej samej firmy 1,9d; Wyposażenie – ówczesna wyższa średnia, czyli wspomaganie, klimatyzacja, podstawowe poduszki, podgrzewanie tu i ówdzie, opcjonalnie parę gadżetów elektrycznych. Jak Pan myśli, byłby sukces? Osobiście nie miałbym żadnych wątpliwości przy zakupie.
                Pozdr.

                • Panie Dzzn,
                  Czyli z biadania nad biurokracją przechodzimy na wyższy poziom abstrakcji, bo za dawnych dobrych czasów prawo było proste, samochody były lepsze, a młodzież grzeczniejsza. ;)

                  Polecam zajrzeć np. do statystyk ofiar wypadków. Jednak coś tam od lat 90 się poprawiło.

                  Pzdrawiam

                  • dzzn

                    Panie Odysie
                    Bez generalizowania. Moja atencja ogranicza się do pojazdów z pewnej konkretnej epoki, a wywołały ją obserwacje z dzisiejszej. I porównania. Wcale nie twierdzę, że dawniej, panie, to wszystko…

                    Nad biurokracją należy nie tyle biadać, co myśleć. I przekonywać do sprowadzenia jej do poziomu logiki.

                    Liczba wypadków w Polsce szczęśliwie spada, ale ciekawym wielce, jakie papierkowe regulacje to sprawiły.

                    Oczywiste, że przejście z maluchów, nys i wartburgów na nowsze pojazdy zachodnich koncernów uczyniło hamowania (na ogół) skuteczniejszymi, a drogę – lepiej widoczną. Ale czy zmiana udanych konstrukcji z lat 90. na nowsze to jakiś szczególny skok jakościowy wiążący się ze spadkiem liczby wypadków – śmiem wątpić. Na ten ostatni ma zresztą wpływ mnóstwo czynników, m.in. jakość dróg i kierowców.

                    Ze statystyk, do których był Pan łaskaw mnie odesłać, wynika, iż najmniej wypadków ma miejsce w okresie zimowym, kiedy drogi pod śniegiem i lodem. Skoro auta te same, a warunki gorsze, drogi hamowania o wiele dłuższe, co powoduje, że wypadków mniej? Jakieś normy, przepisy, zarządzenia?

                    Pozdr.

                    • Proszę Pana,
                      W tych statystykach widać dość wyraźnie, że w latach 1990-2000, gdy Polacy masowo wsiedli w importowane volkswageny i ople, porzucając maluchy i stopniowo polonezy, liczba łączna kolizji i wypadków wzrosła 3,5 razy, a liczba ofiar (śmiertelnych i rannych) także nieco wzrosła.

                      Dopiero w nowym wieku, choć liczba pojazdów (i śmiem twierdzić, że roczne przebiegi) wciąż lawinowo rosła, udało się odwrócić krwawy trend. Z pewnością mamy tu wiele czynników, z przebudową dróg (zwłaszcza w ostatniej pięciolatce) na czele.

                      Ale także mamy wymianę samochodów na bezpieczniejsze. W latach 90. dopiero wprowadzano na zachodzie obowiązkowe krasztesty (początkowo polonez wychodził w nich lepiej od niejednego auta zachodniego).

                      Mercedes z lat 90., w którym zginął Bronisław Geremek, miał gorsze wyniki w testach zderzeniowych (jeśli mnie pamięć nie myli) niż młodszy o pięć lat Daewoo Lanos. Choć pod każdym innym względem był lepszy.

                      Dziś samochody mają obowiązkowo wysoki poziom bezpieczeństwa biernego, systemy ABS, ASR i kolejne następne.

                      Ponadto, w ostatniej dekadzie nastąpiła brutalna egzekucja limitów prędkości (wiadomo, nie zawsze sensowna), nakaz stosowania świateł dziennych, upowszechnianie obowiązku zapinania pasów i fotelików dziecięcych, itd. Także zaostrzenie funkcjonowania stacji kontroli pojazdów.

                      W zeszłym roku łączna liczba kolizji i wypadków była podobna do tej z roku 2000. Liczba ofiar o 40% mniejsza. Liczba pojazdów na drogach wzrosła ok. o połowę.

                      Oczywiście, to może być przypadkowy zbieg okoliczności; może po prostu nastąpił skokowy wzrost “zdrowego rozsądku” Polaków, którzy nawet zderzając się tyle samo razy, co 13 lat temu, robią to bezpieczniej.

                    • eumenes

                      Nie tak dawno miałem rozmowę z kolegą który psioczył że ludzie kupują prawa jazdy a nawet jak nie kupią to nie potrafią jeździć bo egzamin niczego nie sprawdza. A dodatkowo nawet jak któremu prawo jazdy zabiorą to i tak jeździ bez niego.

                      Odpowiedziałem zgodnie z intuicją – że może w takim razie najlepiej całkowicie zrezygnować z praw jazdy natomiast surowiej karać ewentualne przewiny jeżdżących. Na co kolega zareagował że jestem wariat bo jak to jeździć bez papierka? Wszyscy zginiemy.

                      Podobnie odbieram Pana stanowisko powyżej. Prawo co prawda nie działa – ale jednak bez papierka każdy dom się zawali. Znaczy to jednak ta pieczątka jest magiczna.

                      Mój pradziadek stawiał dom SAM, bez architekta. W latach siedemdziesiątych wymieniono słomiany dach a dwadzieścia lat później dobudowano przedsionek i pokój. Dom ma ponad sto lat i nikogo póki co nie zabił. Ale widać tylko przez przypadek skoro o zdrowym rozsądku w architekturze mowy nie ma.

                    • Panie Eumenesie,
                      Nie, NIE UWAŻAM, że bez papierka dom się zawali.
                      Natomiast WIEM co nieco, czym różni się dom sprzed pół wieku, lub stu lat, od projektowanych obecnie. Zajmuję się tym.

                      Pozdrowienia przedświąteczne

                    • dzzn

                      Panie Odysie

                      Chyba wyczerpaliśmy możliwości uporządkowanych replik stwarzane przez skrypt, w którym się poruszamy. Ale nie byłbym sobą, gdybym nie wyartykułował odpowiedzi.

                      1. Nie mieszałbym problemu liczby wypadków w ogóle z liczbą ofiar. Za tę drugą “odpowiedzialny” jest przede wszystkim (choć nie tylko) poziom bezpieczeństwa biernego oferowany przez producentów aut. Liczba wypadków zależy w przeważającej mierze od zachowań kierowców.

                      2. Rozwój technologiczny pojazdów zachodził w ostatnich 25 latach niejako na naszych oczach. Co ciekawe, zachodził – że tak powiem – immanentnie, za sprawą wolnego rynku, konkurencji czy, jeżeli Pan woli “mocniejsze” nazewnictwo, wojny na wynalazki. Biurokracja dokładała swoje trzy grosze raczej wtórnie. Z tego, co mi wiadomo, np. obowiązkowy ABS uchwalili sobie sami europejscy producenci. Jeżeli chce Pan wierzyć, że zrobili to, chcąc zwiększyć nie własne zyski, a bezpieczeństwo europejskich kierowców, w tym Pańskie – Pana sprawa. :) Proszę zwrócić uwagę, że z punktu widzenia państwa/biurokracji była to inicjatywa oddolna. Z mojego, dziwacznego – odgórna, podjęta wbrew mojej woli, narzucona. Tyle że chwilowo nie przez urzędników.

                      3. Przecież nie twierdzę, że ABS czy ESP nie miały wpływu na zmniejszenie liczby wypadków. Pewnie miały, bo pewnie niejednego wyratowały na drodze z kłopotów. Zastanawiam się tylko, czego “uczy” kierowców auto z takimi systemami. Ano tego, że wolno im więcej, bo ktoś już za nich pomyślał, ktoś nad nimi czuwa, ktoś ich pilnuje i poprawia. A właściwie coś. A cosie mają to do siebie, że nie zawsze działają. Boję się sobie wyobrażać, co może zrobić taki Europejczyk, który od 20 lat jeździ wyłącznie autami wyposażonymi w ABS, a od kilkunastu – w ESP, kiedy te systemy z jakiegoś powodu zawiodą. A że czasem zawiodą, to pewne. Wie o tym każdy, kto posiada komputer, komórkę czy inny tablet.

                      4. Jedno jest pewne – ludzkość jest bezpieczna, gdy dowolną drogą jedzie przestarzały, a nawet nie w pełni sprawny pojazd z rozsądnym kierowca za sterem. Gdy w nowoczesnym cacku z wieloma literkami w opisie siedzi baran bez wyobraźni i szacunku dla ludzkiego (także swojego) zdrowia i życia, bezpiecznie nie jest. Bo bezpieczeństwo nie zależy od technokratycznych wymysłów, lecz od zachowań ludzi. Tak było, jest i będzie. Bo skąd by się brały wypadki, w których uczestniczą te niezwykle bezpieczne nowoczesne pojazdy?

                      5. Na koniec refleksja ogólna – proszę spróbować sobie zwizualizować wszystkie dokumenty, na których spisane są prawa obowiązujące Pana, mnie, społeczeństwo. No wie Pan, kodeks pracy, kodeks karny, kodeks wykroczeń, kodeks drogowy, prawo budowlane, oświatowe, ekologiczne, każde. Proszę do tego sobie dołożyć prawo lokalne, branżowe, wszystkie regulaminy, zarządzenia i co tam jeszcze urzędniczy ludek potrafił wymyślić. Proszę sobie wyobrazić wszystkie nowelizacje tych aktów prawnych, różne wersje, odnośniki, zmiany itd. Jak Pan myśli, jakiego pomieszczenia by trzeba, by to wszystko pomieścić? Zwykłego pokoju, klasy, sali gimnastycznej? A teraz proszę postawić sobie pytanie, jakim cudem ludzie na ogół tych praw nie łamią? Jakiż to tajemniczy czynnik pozwala im funkcjonować w tej przerażającej dżungli artykułów, za przeproszeniem – ustępów, paragrafów, punktów, podpunktów i literek? Jestem pewien, że Pan to wie.

                      Pozdrawiam serdecznie.

                    • dzzn

                      Panie Eumenesie

                      Smutna prawda jest taka, że państwo (tak naprawdę nie tyle państwo, co lobby urzędniczo-branżowe) stworzyło nam tak absurdalne przepisy budowlane, że pierwsze zderzenie z nimi zniechęca 95% zwykłych ludzi do wszelkiego samodzielnego budowania. O co być może chodziło. Kiedyś wiedzą tajemną o konstruowaniu dysponowały cechy murarskie i droga do własnego lokum była krótka. Dziś między inwestorem a wykonawcami (którzy nadal swoje potrafią, bo potrafić muszą) stoi Czarna Brama i Linia Maginota. Tylko najodważniejsi, najbardziej zdeterminowani, a przede wszystkim najwytrwalsi są w stanie je pokonać. A nagrodą jest podatek od faktu, że człek się naoszczędzał i naharował, w odróżnieniu od tych, którym się nie chciało i woleli mieszkać w cudzym/spółdzielczym/komunalnym.

                      Pozdr.

                    • eumenes

                      Panie Odyssie,
                      mój znajomy miał potrzebę przebudowania garażu na pokój we własnym domu, dla ciężko chorej siostry. Jako że ściana miała być wysunięta o paręnaście centymetrów potrzebna była zgoda jakiegoś bardzo ważnego urzędnika (zapewne architekkta). Oczekiwanie na tę zgodę trwało tyle że pokój przestał być niestety potrzebny.

                      Rozumiem potrzebę szczegółowych przepisów dla wieżowców w centrum miasta – ale dom jednorodzinny to się może co najwyżej komuś na głowę zawalić. Wolę już takie ryzyko, byłoby mniej szkód. Ważne tylko żeby architekt za taki zwalony dom odpowiadał życiem i majątkiem, to na prawdę wystarczy.

                    • eumenes

                      Panie Odyssie, byłbym zapomniał – serdeczne pozdrowienia i życzenia świąteczne dla Wielce Szanownej Małżonki! Niech jej wielce łatwo przychodzi panowanie nad zgrają Telemachów. Również dla Pana najlepszości i spokoju ducha. Pozdrawiam.

                    • Panie Eumenesie,
                      Dziękuję i wzajemnie szczere życzenia składam (w oktawie, to jeszcze nie za nadto spóźnione).

                    • eumenes

                      Ani trochę, Panie Odyssie! Rzekłbym – w sam raz.

  • Krzyś, już w czasie pierwszej fety, we wrześniu, wiedziałem, że stacja CNK jest po prostu niegotowa do użytku. Plus do tego kupa niedoróbek w innych miejscach. Więc całe otwarcie to polityczny pic na wodę.
    Nie ma co bronić sprawy, której obronić się nie da. Zawalili wykonawcy, zawalili projektanci. Nie widzę w tym winy zarządu miasta.
    Tylko tyle i aż tyle.

  • testigo

    Jakoś mnie głowa O brandenburskie kałduny nie boli…

    zmęczony jestem

  • testigo

    @ “Ukraińcy w 2010 zapragnęli mieć w miarę szybkie pociągi na Euro2012″
    A nawet zapragnęli mieć nowoczesny aeroport w Doniecku.
    Co z TEGO wyszło – widzimy ze dwa razy na tydzień.

    A Polacy we Lwowie, jak nie mogli mięć dla siebie Domu Polskiego – tak nie mogą.
    To znaczy – Rusini dali im Dom, ale nie dali praw do działki na której stoi
    (własność MON UKR)

    POroszenko był witany, ‘przemawiany’, ale z naszych interesów
    (excusez le mot; Wańkowicz)
    “koci ogon”

  • testigo

    UKR to może być ciekawy przykład panopiticum

    Tyle że żelazna kolej to pewnie siódme zmartwienie Rusinów.

Leave a Reply