Kategorie

Kalendarz

November 2014
M T W T F S S
« Sep   Dec »
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930

DNS zamiast uchwały

Hi-Hi rozpleniło się w poltyce, ale wykracza poza tę sferę. Aby coś sprzedać w mediach, trzeba dużej dawki emocji. Propozycję prawicy, by Sejm zlecił rządowi przygotowanie  listy stron “niewskazanych” i umożliwienie internautom, by dobrowolnie pozbawili się dostępu do tych stron — radykalni obrońcy swobód sieciowych znów przedstawiają jako przejaw cenzorskich zapędów.

Cenię precyzję języka. Jej brak utrudnia, a czasem uniemożliwia dyskusję. Upieram się, że cenzura to nie jest ten przypadek, gdy ktoś sam, bez przymusu, z czegoś rezygnuje. Z drugiej jednak strony proponuję prawicy prostsze rozwiązanie wzorowane na czymś, co już w sieci istnieje. Otóż społeczność sieciowa sama może stworzyć listę  miejsc, w które raczej nie powinni zaglądać np. młodociani. A nawet nie jedną, lecz kilka list, które mogłyby ze sobą konkurować.

Co ma zrobić slabo obeznany w grach rodzic, gdy jego pociecha domaga się podd choinką najnowszej strzelanki? Jest sporo niezależnych stron ze szczegółowymi recenzjami popularnych gier pod tym właśnie kątem: dawka przemocy, wulgarność języka, kwestie obyczajowe. Po kilku minutach można zweryfikować zapewnienia producenta, czy gra istotnie nadaje się dla 10- lub nawet 15–latka. Cenzura? Autocenzura? Rodzicielska troska? A może – normalność i wolność słowa i poglądów?

Nic nie stoi na przeszkodzie, by twórcy takich stron stworzyli własne serwery DNS. Tak jak stworzyli i aktualizują bazę gier, mogliby stworzyć i aktualizować listę stron z tych czy innych względów “niewskazanych” dla takiej czy innej grupy docelowej. Na serwerze numery DNS takich witryn byłyby zastąpione adresem planszy z gatunku “Ooops, pardon, zdies’ tiebia nie nada”. Inne działałyby normalnie. Każdy internauta mógłby dobrowolnie wybrać taki serwer DNS, rodzic zaś – ustawić dziecku korzystająć z uprawnień administratora.

Obeszłoby się bez mieszania w to rządu i providerów internetowych — no, może z wyjątkiem tylko przepisu zakazującego providerom stosowania ustawień narzucających użytkownikom własny serwer DNS providera. Byłby więc mały kłopocik np. z publicznymi, płatnymi sieciami dostępu komórkowego czy WiFi, lecz, ufam, do pokonania. Krzyków o “cenzurze” byłoby znacząco mniej.

9 comments to DNS zamiast uchwały

  • kjonca

    ” zakazującego providerom stosowania ustawień narzucających użytkownikom własny serwer DNS”
    Nie rozumie Pan DHCP/PPP, prawda? Teraz, też provider nic nie “narzuca” (w szczególności ja mogę stosować swoje DNS, i każdy kto choć trochę wie jak to ustawić też, co więcej ja z tego korzystam.)
    Pomysł z DNS jest do kitu, bo bardzo szybko gimbusy zaczęły by się wymieniać IP-kami “fajnych” stron.

    • Krzysztof Leski

      Nie udaję wielkiego fachury, ale zgrubsza rozumiem. Owszem, provider może filtrować wszystko, co wysyła user, zatem chyba może też podmienić adresata w requeście DNS. I zdawało mi się, że tak robią np. providerzy płatnego netu w pociągach etc.

      • kjonca

        I jeszcze przepraszam, bo zabrzmiało to tak, jakbym był za jakąś uchwałą/ustawą dotyczącą filtrowania internetu. (Bo do tego się takie zapędy ochronne sprowadzą).
        Nie jestem. Moja uwaga była czysto techniczna odnośnie pomysłu z DNSami.
        I nie, nie mam pomysłu jak ochronić swoje dziecko przed pornografią. Zwłaszcza, że w każdej chwili będzie sobie mogło kupić modem z prepaidem od playa/orange/etc i mieć w nosie mojego providera u którego zamówię filtrowanie.

      • Technicznie to jest tak jak mówisz, z tym że ten “fałszywy” DNS ma w zasadzie tylko “wspomagać” internaute, żeby wpisując “onet.pl” trafił na stronę logowania czy płatności zamiast na jakieś 404. Możesz go zignorować/ominąć, co najwyżej nie dowiesz się co należy zrobić aby w PKP net ruszył.

  • provider, user, DNS, request … hmmm… to ja wole o fałszerstwie… przepraszam , żartowałem…

    Mało z tego rozumiem… A że nie rozumiem to nie mam przekonania do “sieciowych społeczności”. Jakoś tak “face to face” bardziej do mnie przemawia..
    Wiem, że te czasy się skończyły.Wiem, że nieumiejętność dostosowania się pociąga za sobą koszta, czasami całkiem spore. Ale ma to też swoje dobre strony – jak będzie okazja to opiszę.
    A “konkurencyjne listy (czyli społeczności)”? To dziwna konkurencja – nie prowadzi na “wyższe stopnie zrozumienia”. Może miałem pecha ale wygląda to tak : naczytałem się opinii na temat pewnego produktu. Od czytania głowa spuchła. Myślę sobie, pójdę do człowieka – spytam, pogadam… Człowiek przeprosił mnie na chwile , podszedł do klawiatury, zajrzał do “społeczności” i powiedział “wie Pan, trudno powiedzieć, zdania podzielone”…

    Ale jak mówię – ja się nie znam, a do tego miałem może pecha z tym człowiekiem

  • gnom

    “Cenię precyzję języka. Jej brak utrudnia, a czasem uniemożliwia dyskusję. Upieram się, że cenzura to nie jest ten przypadek, gdy ktoś sam, bez przymusu, z czegoś rezygnuje”

    Przecież to nie jest przypadek, w którym ktoś z czegoś rezygnuje, bo to nie kablówka, w której pornole lecą w osobnym kanale, którego nie trzeba sobie zamawiać. Tutaj mowa u usłudze segregowania i filtrowania treści, trzeba dopiero stworzyć narzędzia do takiego filtrowania i posłanka Kempa z kolegami chce ten obowiązek narzucić dostawcom netu.

    Dlaczego to jest pomysł niebezpieczny? Bo w chwili, gdy takie narzędzia powstaną, będzie ich można łatwo nadużywać i końcowy użytkownik nie będzie miał nad tym procesem żadnej kontroli. Pański blog będzie mógł trafić na blacklistę dlatego, że komuś się nie spodoba treść i ton Pańskich wypowiedzi, a za pretekst posłużą kluczowe słowa wyłuskane z komentarzy (to nie my, to automat zablokował). A to już cenzura. Skąd wiadomo, że tak będzie? Bo ten scenariusz usuwania niewygodnych treści od dawna jest stosowany pod pretekstem ochrony praw autorskich (przykład http://di.com.pl/news/51031.html)

    Tego typu centralnie zarządzane filtry kompletnie się nie nie sprawdzą w usuwaniu wszystkich treści nieodpowiednich naszych milusińskich, proszę sobie włączyć safe search w google image i pobawić się różnymi frazami zawierającymi słowo “teen”, będzie Pan załamany. Dziecko będzie chronione w jakimś stopniu, ale i tak nie będzie go można zostawić w necie bez nadzoru. Za to bardzo skutecznie usunięte zostaną te treści, które dla osób zarządzających filtrami będą w jakiś sposób niewygodne.

    I na nic się zda mydlenie oczu, że to przecież dobrowolne ma być – w UK filtry też z początku były tylko dla chętnych, dopiero potem wprowadzono konieczność złożenia deklaracji, że się pragnie dostępu do pornografii, przemocy i terrorystycznych manifestów, mowy nienawiści oraz scen duszenia małych kotków (/keywords).

  • IMHO to nic nie da. Rodzice są zwykle mniej rozgranięci komputerowo niż dzieci, a te ,jak nie same, to z pomocą kumpli ominą i firewall z blacklistą, i DNSa, i uchwałę sejmu i cokolwiek innego.

    Ja na chwilę obecną mam plan taki, że jak moje dzieci zaczną korzystać z komputera to będą miały udostpniony jakiś “na widoku”, np. u mnie w “pracowni”, tak żebym kątem oka mógł weryfikować co robią. A jak podrosną to chyba po prostu im powiem jakie są zagrożenia, że poronografia itp. istnieje, że chciałbym, żeby życzę sobie żeby pewnych treści unikały i pogodzę się z tym, że jak się uprę to i tak nie upilnuje (zawsze mogą pójść do kolegi który zabezpieczeń nie ma).

  • Jerzy Maciejowski

    Panie Krzysztofie!

    Blokowanie „niewłaściwych” treści w internecie nie ma żadnego sensu. Zawsze znajdzie się starszy kolega, który przedstawi dziecku te treści. Wychowanie nie polega na utrzymywaniu w nieświadomości, tylko na nauczeniu korzystania ze źródeł. Wysiłek w początkowym okresie przynosi profit w późniejszym okresie…

    Pozdrawiam

    Jerzy Maciejowski

Leave a Reply