Kategorie

Kalendarz

November 2012
M T W T F S S
« Oct   Dec »
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

“Rynek w PRL” 06: dach nad głową

PRL-u dramat podstawowy i wieczny. Za Bieruta i Gomułki, Gierka i Jaruzela. Brak mieszkań. Propaganda zachłystywała się, jak to wciąż buduje się ich “więcej i więcej”, a ludzie wciąż gnieździli się w klitkach, wielopokoleniowe rodziny w sąsiednich pokojach lub nawet we wspólnym.

Jedynym, częściowym usprawiedliwieniem może być to, iż PRL prawie do końca nie znała właściwie pojęcia “niż demograficzny”, który dziś obniża ceny mieszkań. Przyrost naturalny wyhamował za Gierka w latach 70., a za Jaruzela w latach 80. zbliżył się do zera, ale nie wpływało to jeszcze na problem mieszkań, bo w dorosłe życie wstępowały roczniki “wyżowe”, chcące się hajtać, rodzić, i gdzieś mieszkać.

Podstawową formą próby zaspokojenia głodu mieszkaniowego były “spółdzielnie“. Tylko z nazwy, bo były to strategiczne instytucje, do ich dyspozycji stało dobro niezwykle rzadkie i pożądane, więc o składzie władz “spółdzielni” decydowały komitety rządzącej monopartii, PZPR. Zapisać się mógł za to każdy. Dostawałeś “książeczkę mieszkaniową”, prawo wnoszenia comiesięcznych, niebagatelnych opłat (w latach 70. jakoś rzędu 100 zł miesięcznie, czyli 3% średniej pensji). Płaciłeś i czekałeś. A spółdzielnie coś budowały lub twierdziły, że budują.

Nikt nie określał żadnych terminów. Nikt nie ujawniał list kolejności przydziału mieszkań. Były jednak specjalne komisje, które przydział mogły przyspieszyć: ze względów rodzinnych, zdrowotnych, politycznych (za zasługi dla reżimu, lub dla tych, którzy byli szczególnie potrzebni regionowi, miastu, zakładowi pracy, klubowi sportowemu). Gdy komuś “przyspieszano”, reszcie siłą rzeczy opóźniano. Cały proceder, powtórzę, był niejawny. “Wrogowie systemu”, niepokorni, niewygodni — czasem wypadali z listy w ogóle. Oczywiście nikt ich o tym nie informował.

Czas czekania zależał też od regionu, miasta. W mniejszych szczęśliwcy dostawali mieszkanie już po 10-15 latach. W największych było najgorzej. Mnie, warszawiakowi, moja Matka “książeczkę mieszkaniową” założyła bodaj w 1966 r. Wpłacaliśmy na nią kasę regularnie przez 23 kolejne lata, do samego końca PRL. Nie muszę dodawać, że niczego nie dostałem. W połowie lat 90. III RP wypłaciła mi z owej książeczki kwotę, która przy ówczesnych cenach pokrywała koszt zakupu prawie całego metra kwadratowego.

Drugim co do wielkości po spółdzielniach dysponentem mieszkań były miasta, które jednak nie budowały nowych lokali komunalnych. Redystrybuowały to, co miały w spadku po I i II RP oraz czasach zaborów. O przydziale mieszkania komunalnego decydowały lokalne władze, powoływane tak samo, jak zarządy spółdzielni, pod ścisłą kontrolą PZPR. Identyczne były też zasady: niejawność postępowania i decyzji, “przyspieszanie”, powszechna korupcja.

Trzecią szansą na mieszkanie były zakłady pracy. Te największe bowiem miały własne pule mieszkań, przydzielane przez państwo, czasem zaś wręcz same budowały. Cała reszta jak wyżej: żadnej jawności kryteriów, postępowania i decyzji podejmowanej przez specjalną komisję zakładową pod ścisłą kontrolą PZPR. To z tej puli mieszkania dostawali sportowcy, bo każdy niemal klub przypisany był do jakiejś branży lub zakładu, a zawodowstwo oficjalnie nie istniało: macierzysty dla klubu zakład fikcyjnie zatrudniał zawodnika i np. wszyscy piłkarze na Sląsku byli… “górnikami”. I mieszkali w górniczych mieszkaniach. Kopalnie, PKP, milicja i wojsko miały zapewne największe po “spółdzielczych” i “komunalnych” zasoby miezkań.

Żadna z tych form nie dawała prawa własności, choć mieszkanie spółdzielcze trudno było stracić i w praktyce było dziedziczne. Z innych można było łatwo lokatora wyrzucić. Mieszkań własnościowych było jak na lekarstwo. Ale, choć trudno w to uwierzyć, istniał całkiem prężny wtórny rynek. Mieszkań się nie sprzedawało ani nie kupowało, lecz w pewnym zakresie można było dokonywać zamian. I to  nawet tytułu “spółdzielczego” na “komunalny”. Mieszkania zakładowe w zasadzie się do “wymian” nie kwalifikowały, aczkolwiek w PRL nic nie było niemożliwe. Przy wymianie mniejszego na większe, gorzej na lepiej położone trzeba było oczywiście dopłacić. Jakie były ceny? Nic nie pamiętam…

Wreszcie wolny rynek: oczywiście za dolary. Nie pomnę, czy już Gomułka, czy dopiero Gierek zaczął budować bloki, na owe czasy dość luksusowe, przeznaczone w zasadzie dla polonusów z zagranicy. Wieżowiec takich mieszkań góruje do dziś nad warszawskim stawem Morskie Oko na Mokotowie. Niestety zupelnie nie pamiętam cen, a może nigdy ich nie znałem, bo nie byloby mnie stać nawet na wycieraczkę.

Tu czytaj o idei cyklu, tu znajdziesz jej spis treści. Pod tym postem proszę wyłącznie o uwagi i wspominki dotyczące mieszkań. No i może domów jednorodzinnych — budowano je w PRL, ale to temat zupełnie mi nieznany.

17 comments to “Rynek w PRL” 06: dach nad głową

  • O polowaniu na kafelki to się już też nie raz nasłuchałem – że się jechało przez pół Polski żeby zdobyć i jak się udało to się brało (kolor/wzór) co akurat dali i było szczęśliwym… Trudne do pojęcia w czasach gdy problemem jest że trzeba wybrać 6 (pasujących jakoś do siebie) spośród 1200 dostępnych wzorów.
    Ale budowlanka to pewnie tez oddzielny rozdział.

    • Krzysztof Leski

      Nagle sobie uświadomiłem, że Twoja wzmianka o glazurze trochę zafałszowuje rzeczywistość, przynajmniej tę mnie otaczającą. Glazura w ogóle była luksusem, także z powodu cen. Nie przypominam sobie, by ktokolwiek w rodzinie ją miał, aż do końca PRL. My łazienkę malowaliśmy farbą w miarę odporną na wilgoć i tyle.

      • Krzysztof Leski

        Że już nie wspomnę o terakocie – za podłogę w kuchni i łazience robiło linoleum.

        • Ajgor

          Rodzice wykafelkowali łazienkę jesienią 1987 roku, już nie pamiętam czy to był fuks czy jakieś znajomości z tymi kafelkami. Radość była taka, ze nawet załatwianie się przez 2 dni do wiadra nie było kłopotem :-)

      • Łell no. Ze mną problem jest taki, że ja nie jestem w stanie umiejscowić w czasie swoich wspomnień. To co piszę to albo nam z czyichś opowiadań, albo są to przebłyski własnej pamięci – ale te mogę być najwyżej z drugiej połowy lat 80… Tak więc jedyne rzeczywiste glazury które pamiętam to u mojej babci ze 4m2 nieco połamanych niebieskich kafelków przyklejonych byle jak na jakiś (chyba) cement. Nie mam wątpliwości, że były one na ścianie łazienki gdy byłem dzieckiem, choć pamiętam je pewnie dlatego, że w tym mieszkaniu mieszkałem później w czasie studiów…

      • Zwolski

        Krzysztofie, to nie znaliście we Warszawie adresu sklepu fabrycznego w Opocznie? Czasem rzucali towar pozagatunkowy, trzeba było tylko wyczekać.
        Albo rozmowa, jak na “Czterech pancernych”, stary Czereśniak ze sklepikarzem:
        - Jest chleb?
        - Nie ma.
        Banknot na ladę.
        - Wczoraj był.
        Kolejny banknot na ladę (itd.).

  • partyzant

    Z tym hamującym przyrostem naturalnym za Gierka i później za Jaruzela, to bym mocno polemizował.

    Oto Polska w 1971, liczyła nieco ponad 32,6 mln mieszkańców.
    Gdy PRL zdychał, było nas już 37,3 mln.

    Oczywiście, największy “baby boom” miał miejsce jeszcze za Bieruta i początkowego Gomułki, ale dekada Gierka, to każdego roku dobrze ponad 600 tys. urodzeń żywych, a przełom dekad 70/80 to wzrost do około 700 tys. rocznie, ze szczytowym 1983.

    Warto dodać, że saldo migracji zagranicznych, pozostawało w tych czasach na niezmiennie ujemnym poziomie z tendencją wzrostową za Jaruzela, z oczywistych powodów.

    • Krzysztof Leski

      Istotnie pokręciłem za Gierka (pisałem “z pamięci”). Przyrost hamował za późnego Gomułki, za Gierka znów poszedł wyraźnie w górę. Ale za Jaruzela oczywiście hamował i to gwałtownie. Po chwilowym i niewielkim boomie w wyniku stanu wojennego (godzina policyjna, nie było TV, radia, często prądu – pozostało tylko robić dzieci), od 1983 przyrost już nieprzerwanie i bardzo ostro spadał aż do końca lat 90. Za Jaruzela i w pierwszej dekadzie III RP w tym samym tempie. Aż około 2000 r. zeszliśmy na minus. Odtąd oscylujemy w okolicach zera.

  • TRad

    Gierkowski boom urodzeń to echo boomu powojennego. Po prostu ludzie urodzeni w latach 45-50 zaczeli wchodzić w wiek zakładania rodzin.

    Ciekawym detalem mieszkaniówki były zmieniające się normy. I o ile za Gierka wyraźnie wzrosła powierzchnia mieszkań (zachował się fragment kroniki filmowej, na której Gierek odbierając jakies tam osiedle tłumaczy ministrowi budownictwa, że skoro “stawiamy na rodzinę 2+3, to i większych mieszkań trzeba więcej budować, takich po 60 m^2″), o tyle regularnie zmniejszała się wysokość.

    Mieszkam w bloku z lat 50-tych – i sufit mam na 2,90. Brat mieszkał w bloku gierkowskim – i tam juz było 2,40. Koło mojego bloku stoi plomba wybudowana za Gierka. Dachy są równo, ale mój blok ma cztery piętra, a tamten pięć. Ciekawostka taka.

    • Krzysztof Leski

      Dla niektórych to nie była ciekawostka, lecz poważna trauma. Nie zapomnę, jak ś.p. Zdzisław Ambroziak, siatkarz, złoty medalista z Montrealu, człowiek ponad dwumetrowy, oprowadzał mnie kilkanaście lat temu po sweoim nowym domu. Sufity parteru na 3.60m, piętra 3.30m, framugi 2.50m. Dopiero w III RP dorobił się (jako dziennikarz) trochę kasy, która pozwoliła mu się uwolnić od koszmaru walenia głową w sufit.

  • Marek Twardowski

    1. Spółdzielnie mieszkaniowe – tak czarny opis ich działalności odnosi się z pewnością do lat 70tych i późniejszych.
    Moi rodzice w 1959 r. zakładali spółdzielnię przyzakładową; pierwsze mieszkania rozdzielane były na przejrzystych zasadach. Potem zrobił się z niej moloch, klimaty jak z “Alternatyw 4″ i skończyło się w pod koniec XX wieku odłączeniem od Spółdzielni, zresztą z wielkim hukiem.

    2. Jeszcze były mieszkania “rotacyjne” – przydzielane przez miasto, do czasu otrzymania spółdzielczego.

    3. Ważne: nie wolno było mieć dwóch mieszkań!! Pod koniec lat 80tych (chyba) trochę to złagodzono – wolno było mieć 2 (lub więcej) mieszkań własnościowych, ale już posiadanie mieszkania własnościowego zamykało możliwość ubiegania się o komunalne.

  • jes

    Uwaga do “wolnego rynku mieszkań” w peerelu.
    Biuro Handlu Zagranicznego “Lokum” powstało, jak można przeczytać w Wikipedii, w 1974 roku (a więc zdecydowanie – środkowy Gierek). Trudniło się sprzedażą mieszkań nie tyle dla polonusów, co dla “powracających”, czyli w istocie dla tych, którzy mogli wylegitymować się odpowiednio zalegalizowaną (patrz odcinek 05) sumą dolarów USA lub bonów, zwykle po oficjalnym kontrakcie zagranicznym. Niestety nie znam tych sum, znalazłem w necie inforamcję, że w 1985 roku pięćdzisięciometrowe mieszkanie Lokum w Krakowie kosztowało ok. 17 tys. dolarów. Nie umiem tego zweryfikować, ale rząd wielkości wydaje mi się właściwy. Przeliczjąc to na ówczesne złotówki, po “czarnorynkowej” cenie dolara szacuję, że na m kwadratowy takiego luksusu wychodziło ponad 8 średnich pensji, lub jak, kto woli (bo to był dla peerelu bardziej stały przelicznik kursu $) – 17 tys. flaszek żytniej.
    Otwarta dla “powracających” furtka w Lokum, ułatwiła też posługiwanie się przelicznikiem dolarowym na rynku wtórnym mieszkań dla każdego. Typowe ogłoszenie mieszkaniowe w Życiu Warszawy brzmiało “Powracającemu m-ileśtam.” i stanowiło oczywistą informację o walucie, w której sprzedający zamierza dokonać transakcji. Tu oczywiście nikt nie pytał o papiery legalizujące posiadane dewizy.
    Rynek wtórny, wbrew pozorom dotyczył nie tylko mieszkań własnościowych, ale także “lokatorskich”, “pacowniczych”, a nawet kwaterunkowych. Cuda i różne kombinacje meldunkowe (w tym również lipne zamiany) pozwalały na faktyczną sprzedaż prawa do zasiedlania lokali kwaterunkowych. Słabsze prawo do lokalu skutkowało nieco mniejszą ceną. Przy czym wykup takich lokali też bywał możliwy. W ten sposób n.p. “sprywatyzowano” w Warszawie sporą ilość budynków niepodlegających swego czasu tzw. dekretowi Bieruta, ale zajętych na kwaterunek. Trzeba tu koniecznie zaznaczyć, że takie rzeczy zwykle trzeba było ZAŁATWIAĆ. To słowo, obok wspomnianego we wstępie “dostać”, należy do kluczowych słów, potrzebnych do zrozumienia zasad wymiany dóbr i usług w peerelu. Umiejętność “załatwienia” tego i owego była wartością dającą się, dość nieprecyzyjnie, ale jednak, przeliczyć na twardą walutę. I nie zawsze musiało tu chodzić o takie oczywiste łapówkarstwo. Nieostrość kryteriów oceny ówczesnego łapówkarstwa jest, jak powszechnie się twierdzi, jedną z przyczyn wysokiej ciągle w Polsce tolerancji wobec korupcji.

    Wracając do Lokum. Miałem dobrego kolegę, który przeprowadził się do nowego budynku Lokum, kilka ulic od dotychczasowego miejsca zamieszkania. Było to po powrocie całej rodziny z kilkuletniego kontraktu. Miałem więc trochę okazji, by poznać część sąsiadów tego kolegi. Było tam sporo dobrze sytuowanej młodzieży – ale nie mieszkali tam żadni polonusi!!! To było zdecydowanie inne towarzystwo, z którym – opiszę to delikatnie – raczej nie należało rozmawiać o polityce.

    • Krzysztof Leski

      Ależ oczywiście, napisałem o Polonii posługując się hasłem oficjalnej propagandy. To była jedyna grupa, która dolary mogła posiadać nie budząc podejrzeń. Jak wspominałem gdzie indziej, oficjalnie to też dla Polonusów (aby pośredniczyć w robieniu prezentów krajowej rodzinie) powstała sieć sprzedaży, potem sklepów PKO, później przekształconych w Pewexy. Gdy Jaruzel dopuścił obcy kapitał do drobnego rzemiosła, oficjalnie było to także wyłącznie dla polonusów, ustawowa nazwa takich firm brzmiała PPH – “Przedsiębiorstwo Polonijno-Zagraniczne”. Itp., itd. Praktyka byłą zaś taka, że ważne były dolary, a jak trzeba, to i polonus-słup się znalazł. Jak ze wszystkim w PRL.

      • jes

        Warto pamiętać, że w latach siedemdziesiątych pojawiła się nowa, już stosunkowo liczna grupa bardzo lojalnych obywateli peerelu, którzy posiadali legalne “dewizy” przywiezione z “kontraktów zagranicznych”. Większość z tych ludzi nie wzbudzała we władzy żadnych podejrzeń; kontraktami niepodzielnie rządziła taka jedna “firma”, której nazwy jakoś już nie pomnę – jakiś “Pol-Coś”. Za to władzy szkoda było marnować dewiz, które ci ludzie chętnie inwestowali w mieszkania na “wtórnym rynku”. To był oficjalny target tej instytucji.
        Możliwości wyrwania się poza zwykły horyzont finansowy peerelu dawały wyjazdy do takich państw jak zaprzyjaźniona Libia, czy inne kraje afrykańskie – a to Nigeria, a to Zair, a to Tunezja lub Algieria. Przez pewien czas – Irak. Trzeba też w tym kontekście wspomnieć o niższych rangą pracownikach placówek dyplomatycznych. Ponadto, nawet zbiorowe kontrakty w ramach RWPG częściowo rozliczane były tzw. rublem transferowym, co skutkowało jakimiś tam sumami w bonach na koncie PEKAO. W skrajnym przypadku – w budynku mojego kolegi kupił (można domniemywać, że w rozliczeniu oddał władzy ludowej swe stare, mniejsze mieszkanie) lokal filmowiec, który jak mi sie wydaje, był w stanie udokumentować tylko swoje diety z okresu, gdy kręcił pełnometrażowy film w egzotycznych plenerach. Ponieważ Lokum, to jednak był margines (pewnie, gdybyśmy się uparli, to we dwóch byśmy sobie wszystkie warszawskie budynki tego typu wspólnie wyliczyli), to nie łapało się to w żaden nurt propagandy – była to najczystsza forma pragmatyki. Sukcesów przędsiębiorstwa Lokum zdecydowanie starano się nie nagłaśniać. Dlatego wydaje mi się, że to inna bajka niż firmy “polonijne”. Ale być może taki niuans nic tutaj nie wnosi, więc prosze wybaczyć, jeśli nudzę. Pan tu rządzi. Ale chciałem dobrze :) .
        Natomiast z innej strony patrząc, działalność tego “przedsiębiorstwa” musiała się jakoś przekładać na swobodniejszy obrót i ceny “rynku wtórnego”, dlatego czas jego powstania i charakterystyka klienteli wydaje mi się ważna.

        • Krzysztof Leski

          Każdy przypomniany aspekt jest cenny. Pytanie, jak to streścić…

        • Marek Twardowski

          Firma Pol-coś to “Polservice”.

          Walutą – co najmniej od lat siedemdziesiątych – dysponowali również ludzie wyjeżdżający na zagraniczne delegacje. Trochę z tego można było uskładać i potem np. kupić samochód.

          No i kolejne hasło: centrale handlu zagranicznego.

    • Krzysztof Leski

      Co do zaś cen dolarowych mieszkań – trzeba gdzieś napisać, że nie istniało coś takiego jak kredyt. Bo jakiś dzieciak pomyśli, że można było się zadłużyć i kupić.

Leave a Reply