Kategorie

Kalendarz

November 2012
M T W T F S S
« Oct   Dec »
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

“Rynek w PRL” 05: … i Pewexy

Dotąd było o różnych sposobach reglamentacji. A co, handlu nie było? Był! Za Gomułki, już w późnych latach 50., pojawił się — i przetrwał do końca PRL — system sprzedaży… za dolary. Tak: Polacy Polakom w Polsce sprzedawali za “wrogą” walutę dobra, których nie było w “zwykłych” sklepach. Czym bowiem demokracja różniła się od “demokracji socjalistycznej”? Tym, czym krzesło od krzesła elektrycznego. Tylko “gospodarka socjalistyczna” mogła więc stworzyć pojęcie… eksportu wewnętrznego. Czyli eksportu z Polski do Polski.

Zrazu handlem tym zajmował się metodą wysyłkową bank PKO. Zlecenia wystawiali najczęściej polonusi z USA, adresatami byli ich krewni w Polsce. Bank przyjmował kasę i robił paczki. Mogły zawierać artykuły importowane, ale także polskie. Klasykiem w paczkach, obok kubańskich pomarańczy, była… szynka “Krakus”. Ta w puszkach. W Polsce absolutnie niedostępna poza sklepami rządowymi, ubeckimi i górniczymi, bo niemal cała produkcja szła na eksport.

To był dobry interes. Za późnego Gomułki, chyba pod koniec lat 60., sklepy PKO pojawiły się w większych miastach. Pośrednictwo wujka z Chicago nie było już potrzebne. Każdy mógł wejść i kupić!! Tak po prostu. Tyle, że za dolary. Za Gierka, na początku lat 70., biznes nabrał rozmachu: z banku PKO wydzielono “Przedsiębiorstwo Eksportu Wewnętrznego” PEWEX, a sklepy Pewexu jęły się mnożyć. I były w nich nawet kolejki, choć z punktu widzenia szarego zjadacza chleba ceny były szaleńcze: przeciętna dniówka to było za mało, by kupić 100-gramową tabliczkę czekolady. Dżinsy kosztowały dwie miesięczne pensje.

Wcześniej jeszcze, bo już w latach 40., powstała i istniała równolegle także do końca PRL — “Baltona”. Miała być “systemem zaopatrzenia marynarzy i ich rodzin”. Z czasem przekształciła się w sieć sklepów podobnych do “Pewexów”, tyle, że w zasadzie dostępnych jedynie dla rodzin marynarskich. W zasadzie, bo praktyka była inna i “Baltony” upodobniły się z czasem do “Pewexów”.

A teraz pointa wątku “Pewexów”: nie dość, że drogie — były też… ryzykowne. Choć zdarzało się to bardzo rzadko, trzeba było się liczyć z tym, że “właściwe organy” poproszą klienta Pewexu, by wyjaśnił, skąd ma walutę. Albowiem jej posiadanie było legalne, lecz wszelki nią handel – zabroniony. W banku ani nigdzie waluty nie można było kupić (poza specjalną, wielomiesięczną procedurą, o której będzie jeszcze mowa w tym cyklu). Żadnych kantorów oczywiście nie było. Wolno ją było samemu przywieźć z Zachodu lub dostać od krewnych za pośrednictwem banku PKO. Nie muszę jednak chyba dodawać, że przed każdym sklepem “Pewexu” kręcił się tłumek “cinkciarzy” czyli nielegalnych handlarzy walutą i zapewne od nich pochodził co drugi wydany w sklepie dolar.

Ale mógł to też być… bon dolarowy. Tak, PRL emitowała taką walutę! Nominowaną w dolarach USA, lecz honorowaną oczywiście tylko w Polsce, tylko w owych sklepach. Bonami, jeśli pomnę, można było handlować legalnie. Ponieważ ich przydatność była ograniczona, były sporo tańsze od prawdziwych dolarów. Na czarnym rynku, u cinkciarza, dolar kosztował zawsze co najmniej czterokrotnie więcej niż wg kursu oficjalnego (który to kurs, jak każda cena w PRL, był czysto teoretyczny, bo praktycznie nikomu niczego po tymn kursie nie sprzedawano). Bywało, że przebicie kursu czarnorynkowego było nawet siedmio- czy ośmiokrotne. Bony można było kupić za mniej więcej dwukrotność kursu oficjalnego. To wszystko sprawia, że ogromnie trudno porównywać ceny “pewexowskie” z “normnalnymi”.

Ale to nie “eksport wewnętrzny” był rekordowo absurdalnym wynalazkiem PRL w sferze handlu. Były nimi… “sklepy komercyjne“. Powstały za późnego Gierka i tak właśnie zostały nazwane. Trudno o lepszy dowód, że reszta “handlu” w PRL służyła nie handlowi, lecz reglamentacji dóbr deficytowych, czyli wszystkich. W owych “sklepach handlowych”, czyli “sklepach sklepach”, kupić można było za złotówki niektóre produkty na rynku niedostępne, zwłaszcza mięso i wędliny. Ceny były dwu-, trzykrotnie wyższe niż “podstawowe”.

Wreszcie bazary, komisy, pchle targi: wolny rynek, w małym zakresie tolerowany przez władze PRL. Zasilany przez polskie rzemiosło oraz przede wszystkim indywidualny import (do NRD jeździło się po buty czy rzeczy dla dzieci, do Czechosłowacji po przybory kreślarskie, do Turcji po dywany, wreszcie do Tajlandii po dżinsy). Tu było wiele rzeczy nieosiągalnych w państwowym handlu. Ceny też były niestety dla wielu nieosiągalne. Prawdziwe dżinsy kosztowały wszak miesięczną pensję.

Czy to już koniec? To koniec odcinka. Ale na pewno o czymś zapomniałem.

Tu czytaj o idei cyklu, tu znajdziesz jego spis treści.

18 comments to “Rynek w PRL” 05: … i Pewexy

  • Jerzy Maciejowski

    Panie Krzysztofie!

    Możliwe, że się mylę, ale na początku lat 80. lub pod koniec 70. oficjalnie dolar kosztował bodaj 4 zł, zaś na czarnym rynku 100 zł. To trochę więcej niż 400%.

    Pozdrawiam

    Jerzy Maciejowski

  • Hmm, bazary dopisałeś, ale (nie wiem czy to tutaj) PRLowska wersja “Tax Free”, czyli cła eksportowe…

  • TRad

    Nie zapomnij o sklepach komercyjnych :) Tak, w peerelu najwyraźniej istniały również sklepy niekomercyjne.

    A co to były sklepy komercyjne? Normalne sklepy, tyle że sprzedające towary (głównie mięso i wędliny) po podwyższonych cenach. Teoretycznie miało to dotyczyć tylko szlachetnych gatunków (szynka, baleron, polędwica etc), w praktyce nastapiła pełzająca migracja artykułów mięsnych do sklepów komercyhnych – poza przydziałami kartkowymi. Jednak kupno na kartki czegoś lepszego od pasztetowej czy wolowiny z kością (tak, za peerelu wołowina uchodziła za mięso pośledniejsze od wieprzowiny) wymagało albo handlu wymiennego z kierowniczką mięsnego, albo odstania swojego w kolejce.

  • Jerzy Maciejowski

    Panie Krzysztofie!

    A co z kolejkologią? Kolejka zwykła i dla uprzywilejowanych? Pod koniec Edwarda Gierka stałem po mięso. Ponieważ osoby z kolejki dla uprzywilejowanych mieli być obsługiwani jako co trzecia osoba (dwie osoby z normalnej, jedna z uprzywilejowanej). Tuż przed rozpoczęciem sprzedaży pojawiła się pani uprzywilejowana. Postanowiła stanąć w kolejce dla uprzywilejowanych. Na wyjaśnienie, że kolejki są splecione i przysługuje jej miejsce dwie osoby za ostatnim uprzywilejowanym, pani zaczęła mnie okładać i przez długi czas było to największe lanie jakie dostałem.

    Pozdrawiam

    Jerzy Maciejowski

  • TRad

    Przy okazji Pewexów przypomnijmy sobie, jaki był za peerelu szczyt optymizmu:
    - przeskoczyć w Pewexie przez ladę i poprosić o azyl polityczny.

  • Pewex miałem w odległości prawie kilometra od domu. Chodziliśmy tam paść oczy mnogością i kolorami towarów. Jako dzieci nie mieliśmy tam czego innego szukać, jak klocków LEGO – potrafiłem stać przy wystawie z nimi, aż mnie obsługa wyganiała. Później zaczęliśmy zbierać puszki po piwie – sama puszka stanowiła ciekawostkę w świecie obskurnych butelek, ale one były do tego pięknie (znaczy, dzisiaj – normalnie) zdobione, i w obcych językach. Do dziś nie rozumiem tego, ale Polacy chodzili do Pewexu kupić piwo, wypijali je zaraz obok i puszkę ciskali w krzaki – czy to była grupa dolarowych cinkciarzy, dla których może nie stanowiło to jakiegoś wielkiego halo? Nie wiem. Ale puszki zbieraliśmy po krzakach w promieniu kilkudziesięciu metrów od Pewexu. Później kwitł handel wymienny i tak powstawały kolekcje. Oczywiście – puszki po innych napojach też brały w tym udział. Liczyło się, że puszki.

    • Eh, puszki też zbierałem, ale nie tylko ja, np. kolorowe puszki wieszali sobie kierowcy miejskich Ikarusów nad przednią szybą. Któryś miał puszkę “7up” – wszyscy byliśmy pewni że to rodzaj piwa i żartowaliśmy że to od siedmiu upitych ;-)

  • Marek Twardowski

    Ponoć największy obrót w “Pewexach” był w alkoholach, którego sprzedawano tyle samo, co w normalnych monopolowych.
    Przy okazji: oficjalne statystyki spożycia alkoholu w Polsce nie obejmowały “eksportu wewnętrznego”.

  • TRad

    Relacja ceny wódki w Pewexie do ceny wódki w sklepie była de facto wyznacznikiem kursu dolara.

  • Ja - kobieta

    Między 1976, a 1977 dolar, a raczej ten osławiony bon był u nas po 95 złotych. Dobrze to pamiętam, bo miałam do zagospodarowania 950 złotych i kupiłam od cinkciarza stówkę, by sobie kupić spodnie,(krój jak dżinsy) w kolorze błękitnym, perfumy i jakieś inne drobiazgi. Spodnie zrobiły furorę.

    • Jerzy Maciejowski

      Pani Kobieto!

      Jeśli dolar był po 95zł, zaś Pani miała 950zł nawisu inflacyjnego, to mogła Pani kupić 10$. Jeśli za te pieniądze (950zł), kupiła Pani 100$, to były one po 9,50zł. Jeśli kupiła Pani 100$ po 95zł, to musiała Pani wydać 9.500zł.

      Pozdrawiam

      Jerzy Maciejowski

      • Zwolski

        W okolicach ’76/77 za ok. $10 można było kupić w Pewexie dżinsy. Później po 12, potem po $18, 22, 25.
        I, faktycznie, cena 0,5L Żytniej determinowała czarnorynkowy kurs dolara. Kiedy zacząłem spożywać (końcówka 70.) ustaliła się na 120 PLZ (+ 3 zł za butelkę, której to kaucji w Pewexie się nie płaciło).

  • Marek Twardowski

    Dzięki “Pewexowi” można było ominąć kłopoty związane z zakupem samochodu. “Normalnie” trzeba było mieć przydział albo wygrać na loterii. Natomiast w “Pewexie” można było kupić za dewizy (albo bony).
    Zdaje się, że była też możliwość wpłaty łączonej: część w dewizach, a część w złotówkach.

Leave a Reply