Kategorie

Kalendarz

November 2012
M T W T F S S
« Oct   Dec »
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

“Rynek w PRL” 03: zasady cyklu

Chciałbym z Waszą pomocą stworzyć rys stanu “rynku” w PRL. Ale nie napiszemy pracy doktorskiej. Tu czytaj o idei, tu jest spis treści. Aby rzecz dała się czytać, musi być w miarę krótka. Nie obejdzie się więc bez uproszczeń, czasem nieco dla PRL krzywdzących. Niektóre dostrzegam już teraz, zanim zaczniemy. Oto one.

Po pierwsze, co oczywiste, trwająca ponad 40 lat PRL nie była statyczna. Różnie z poszczególnymi dobrami i usługami bywało w różnych okresach. Chcę to uwzględnić, ale po prostu nie jest możliwe, byśmy nawet zbiorowo mogli pamiętać wszelkie szczegóły. Obraz, który powstanie, może więc być ciemniejszy od rzeczywistego: jeśli przez lata polowaliśmy na papier toaletowy, mogliśmy wyprzeć z pamięci okresy, gdy był nieco łatwiej dostępny. Trudno.

Próbując ocenić dostępność poszczególnych artykułów czy usług zajmować się będziemy wyłącznie trudem włożonym w  ich nabycie. Pralki automatyczne nigdy w sklepach nie stały, zatem uznamy to dobro za niedostępne — pomimo, że u schyłku PRL znajdowało się już w wielu polskich domach. Kto wie, może nawet w co trzecim. A magnetofon? W co drugim albo i lepiej. Tak to jednak jest: niech tylko popyt przewyższy podaż o 20-30%, a produt znika z rynku. Zapisując się do kolejek, zarywając noce, udawało się kupić (“dostać”) to i owo, bo podaż byla niezerowa. Ale to nie oznacza “dostępności”. Czy zatem popyt na towar  zaspokojony był może w 70% (magnetofony), czy w 10% (owoce cytrusowe), z punktu widzenia niniejszego kompendium oba produkty będą uznane za “niedostępne” (choć spróbujemy to zniuansować).

Czy da się stworzyć obraz obiektywny? Nie. Punkt widzenia zależał i zależy od punktu siedzenia. To kompendium ma pokazać PRL taką, jaką widziała moja rodzina i większość Polaków nie należących do uprzywilejowanych. Zupełnie inaczej mogą i muszą to pamiętać co bardziej prominentni funkcjonariusze reżimu (ci jawni, powiedzmy, od szczebla członka zakładowej dyrekcji, POP PZPR i związków zawodowych w górę, ci zaś tajni, hm, od Maleszki wzwyż), oczywiście milicjanci i esbecy oraz wojskowi, a także górnicy – dla których to branż były i specjalne sklepy, i “talony” na różne dobra, i mieszkania czy telefony bez kolejki. Są też różnice regionalne: np. na Wybrzeżu i Podhalu więcej rodzin niż gdzie indziej mogło liczyć na “indywidualny import” i łagodniej odczuwać braki na rynku krajowym, a to odpowiednio dzięki marynarzom i szczególnie licznej na Podhalu emigracji zarobkowej.

 Polityczny disclaimer: w tym cyklu nie oceniamy PRL-u. Abstrahujemy od braku swobód, dyktatury PZPR, więzionych za przekonania. Mówimy, co było w sklepach, a co nie. Dajemy odpór licznym dziś w necie tezom, że było, że tanio.

18 comments to “Rynek w PRL” 03: zasady cyklu

  • Ja - kobieta

    No, właśnie. U nas na Śląsku raczej było, bo wiadomo Gierek dbał o górników. Też stało się w kolejkach np. za kawą, czy papierem toaletowym.

    • Krzysztof Leski

      Istotne pytanie: w jakiej mierze było to efektem mniejszego popytu, bo część potrzeb zaspokajały sklepy górnicze, w jakiej zaś – lepszego zaopatrzenia zwykłych sklepów…

  • Ja - kobieta

    Sklepy górnicze sprzedawały przeważnie ciuchy, część AGD i np. meble, bo jak tak umeblowałam mieszkanie, a żywność (mięso) górnicy kupowali na kopalni mając talony. Za resztą się stało w tasiemcowych kolejkach

  • Jerzy Maciejowski

    Panie Krzysztofie!

    W latach 80. ubiegłego stulecia w Polsce było więcej magnetowidów na 100 rodzin niż w Niemczech Zachodnich. Równocześnie zakup tegoż był możliwy tylko w komisie (import prywatny) lub Peweksie (import państwowy). Zatem, czy to było dobro niedostępne?

    Pozdrawiam

    Jerzy Maciejowski

    • Krzysztof Leski

      Już o tym problemie wspominałem, wątek rozwinę. Tak, było to dobro absolutnie niedostępne pomimo, iż dość często spotykane w domach. Aczkolwiek nie wiem, skąd ma Pan dane.

  • TRad

    Nie przypominam sobie, aby ojciec (pracujący na kopalni) mięso przynosił z pracy. Jakiś mit.

    Natomiast górnicy mieli większe przydziały kartkowe.

    W tzw. gieweksach bywało różnie. Nie tylko ciuchy, również sprzęt AGD/RTV, turystyczny etc. Pamiętam, że pierwszy komputer (komodorek C-64 – ze stacją dysków, żadne tam magnetofony!) dostałem właśnie z gieweksu. Z tym, że w miarę upływu czasu zaopatrzenie sklepów “G” się pogarszało.

    • Krzysztof Leski

      Jakie były ceny w sklepach “G”? Ile mógł kosztować ów C-64? W Pewexie wtedy chyba 160 dolarów (bez żadnych peryferiów i oczywiście bez monitora).

      • TRad

        Nie pomnę. Nie była to kwota prohibicyjna, nie była też symboliczna.

        Na pewno taniej niż rynkowe przeliczenie ceny dolara, bo pomimo iż G-złotówka chodziła po jakimś tam kursie (“górka” wynosiła zdaje się 10-20%, ale raczej załatwiano to barterem – ja ci kupię coś na G, ty mi załatwisz szynkę/wczasy w FWP w sezonie w dobrym miejscu/termin u dentysty etc), to lepsze towary z gieweksów znikały.

        W ogóle mam problemy z rekonstrukcją cen. W kinach w drugiej połowie 80 bilety kosztowały od 20 do 60 zł (na ten sam seans, bo były miejsca I i II, no i ulgowe). Komunikacja miejska zdaje się 1,50 zł, przez długi czas. Ale już na przykład odkrycie, że za Gierka szynka kosztowała około 100 zł/kg – bylo dla mnie rewelacją.

        • Kiedyś zbierałem też bilety, więc gdybym znalazł stary zeszyt to trochę cen MZK Warszawa mógłbym odtworzyć (aczkolwiek – znów – najwcześniej z połowy lat 80). Jak przez mgłę pamiętam bilet “dwustronny” za 3 zł (ulgowy kasowało się z jednej strony – za 1,50) potem ceny doszły do jakichś tysięcy, może 9000 zł za bilet? I kiedyśtam po drodze z dwustronności zrezygnowano.

    • Ja - kobieta

      “Nie przypominam sobie, aby ojciec (pracujący na kopalni) mięso przynosił z pracy.”

      Nieprecyzyjnie napisałam, więc skoczyłam to źródła, czyli sąsiada, który pracował na kopalni. W naszym mieście akurat były sklepy przykoplniane, w których realizowało się te dodatkowe bony (zamiast posiłku regeneracynego) i stąd moje przypuszczenie, że to były sklepy na kopalni. Było drożej, ale towar był. Sorry.

      • TRad

        A to jest możliwe. Możliwe nawet, że istniały kopalnie, które miały własne fermy hodowlane. I nie tylko kopalnie – zdaje się nawet instytucjom państwowym zdarzało się dbać o mięcho we własnym zakresie.

        Inny przykład dysfunkcji pieniądza: zakładowe ośrodki wypoczynkowe. Każda kopalnia miała swoje domy wczasowe dla swoich pracowników (i dla VIPów spoza zakładu). Przydziały miejsc do tychże ośrodków były rzecz jasna cyrkiem (wyjazd nad morze w, powiedzmy, lutym, nie był specjalnie atrakcyjny, z drugiej storny na lipiec/sierpień popyt był sporo wyższy od dostępnych miejsc). I, rzecz jasna, rozjazd podaży i popytu nie byl rozwiązywany mechanizmem cenowym, tylko komisją ustalającą, kto zasługuje, a kto nie.

  • Jerzy Maciejowski

    Panie Krzysztofie!

    Odnośnie pytania o źródło informacji o większym nasyceniu magnetowidami społeczeństwa schyłkowego prl-u, w stosunku do złych Niemiec.

    Dane mam z głowy, czyli niczego, a pamiętam rozmowę z powinowatym z lat 80., który mi tę wiadomość w tamtym czasie sprzedał. Jak Pan kupił samochód, to musiał się Pan tłumaczyć, skąd Pan ma pieniądze. Magnetowidu nie było na zewnątrz widać, a był symbolem luksusu. To powodowało takie podejście do jego posiadania. Na zachodzie był to niekonieczny luksus, a poza tym było wiele innych celów, na które można było przeznaczyć kasę.

    Pozdrawiam

    Jerzy Maciejowski

    • Te magnetowidy to może być pomięszanie czasów: rozwój rynku bazarowego pod koniec lat 80-tych spowodował, że sporo ich było w sprzedaży z przemytu, który polegał na ładowaniu na auto, do groźby zerwania zawieszenia, RTV-AGD zebranego w Niemczech na wystawce. Niemcy często wystawiali dobry sprzęt, któremu przetarł się kabel zasilający, albo miał inną trywialną awarię, względnie łatwą do naprawy w polskich warunkach. Nadmiary z takiego importu szły na wolny rynek, za ciężką kasę. Polacy bardzo chcieli mieć magnetowidy, bo panował głód hamerykańskich filmów.

      Ale, choć mieszkałem na osiedlu uprzywilejowanych (aktorzy, drobni ubecy, drobna i średnia partia, dziennikarze itp.), przynajmniej w porównaniu z tymi z drugiej strony ulicy, to wśród wielu moich kolegów z tego osiedla tylko dwóch przyznawało się do posiadania magnetowidu w połowie lat 80-tych, a raz na parę miesięcy udało się obejrzeć film u jednego z nich, drugiemu rodzice nie pozwalali.

      Dla uzupełnienia tematu – moi rodzice nie podążali za tryndami, na ile to było możliwe, zatem kolorowy telewizor typu Rubin pojawił się dopiero pod koniec lat 80-tych, kiedy jakiś wuj czy stryj sprowadził sobie na dachu samochodu jakiegoś Panasłonika z niemieckiej wystawki. Magnetowid – dopiero, kiedy ojciec tanio odkupił go od pracodawcy, na początku lat 90-tych. Komputer – w tym samym czasie, kupiony z wystawy w Niemczech, Amstrad-Schneider http://pl.wikipedia.org/wiki/Amstrad_PC_1512 z niemieckim DOSem.

      Zatem wcale tak różowo nie było. To prawdopodobnie taka sama plotka, jak wieść w latach 80-tych, że chłopi, panie, to żyją, jak paniska, każdy ma magnetowid, antenę satelitarną i traktor. Też to słyszałem od znajomego. Tylko nie wiem, czy on wówczas kiedykolwiek był na wsi.

      • Jaka znowu antenę satelitarną za komuny ???!!! :)

      • Jerzy Maciejowski

        Panie Flamenconie 108!

        Tak się składa, że owa osoba miała magnetowid, zatem nie mówiła jak ślepy o kolorach. Jest zupełnie prawdopodobne, że w latach 80. na Zachodzie było tych magnetowidów niewiele. To, że nam się wydaje, że w każdym domu w Niemczech był magnetowid, to tylko nam się wydaje…

        Odnośnie anten satelitarnych, to pewnie były takie wsie, gdzie gospodarze mieli wcześniej anteny niż miastowi. Są bardzo różne wsi w Polsce.

        Pozdrawiam

        Jerzy Maciejowski

  • Marek Twardowski

    “Możliwe nawet, że istniały kopalnie, które miały własne fermy hodowlane. I nie tylko kopalnie – zdaje się nawet instytucjom państwowym zdarzało się dbać o mięcho we własnym zakresie.”

    O ile pamiętam, był nawet taki nakaz – aby zakłady pracy (może tylko te większe?) zakładały hodowle świń, aby mieć mięso do stołówek zakładowych.
    Na pewno taką hodowlę miał gdyński port. Stocznie i jednostki wojskowe – chyba też.

    • mwb

      Nie wiem czy wszystkie, ale jak byłem na szkółce SPR, ferma była. Potem w JW też ferma była. Mogliśmy kupić jajka “stłuczki”. A kwatermistrz jeździł starym “Mercedesem”. Tylko się domyślaliśmy dlaczego jeździ lepszym samochodem niż dowódca :) . To był rok 1988.

  • TRad

    Jeszcze jedna uwaga o gieweksach. To nie był górniczy odpowiednik “sklepów z żółtymi firankami”. W sklepach “dla władzy” obowiązywały normalne złotówki. W gieweksach płacono wyłącznie środkami z tzw. książeczek G. A na takie książeczki trafiała nie całość zarobków górników, ale jedynie pieniądze (być może tylko ich część, nie pamiętam) wypracowane w nadgodzinach ewentualnie w wolne soboty/święta.

    NB jest to jeden z przykladów charakterystycznego dla peerelu zjawiska: powstawania nowych walut. Aby kupić papierosy/wódkę/czekoladę/mięso, nie wystarczały złotówki, potrzebne były kartki. Samochód – talon. Mieszkanie – książeczka mieszkaniowa. Itd. W skali makro było podobnie – przedsiębiorstwo czasami opływało w gotówkę, ale na płace mogło wydać tylko pieniądze z funduszu płac, ustalanego rzecz jasna poza przedsiębiorstwem. Stąd częste machlojki, aby zapłacić ludziom z fundusz bezosobowego czy wdrożeniowego. Już za Balcerowicza doświadczenia te przydały się, aby omijać sławetny PPWW.

    Ciekawostka, niektóre z tych elementów pokazano w filmach, i to wręcz propagandowych. Świetnym przykładem atrofii pieniądza jest “Uszczelka” z serialu “Najważniejszy dzień w życiu”. Sporo prawdy pokazano też (prawdopodobnie nieumyślnie) w serialu “Dyrektorzy”, opiewającym gierkowską technokrację.

Leave a Reply