Kategorie

Kalendarz

November 2012
M T W T F S S
« Oct   Dec »
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

“Rynek w PRL” 04: żółte firanki…

A gdybym zamiast całego cyklu oświadczył ogólnie: nie było właściwie artykułu stale w PRL dostępnego — skłamałbym? Trochę, ale nie bardzo. Czegokolwiek potrzebowałem, zawsze musiałem główkować, czy i gdzie to znajdę. Może z jednym wyjątkiem: w pobliskim  kiosku, przynajmniej za mojej pamięci, chyba zawsze były zapałki. Ale już nie gazety – te znikały zwykle w pół godziny, godzinę po dostawie. Nie było papierosów ani maszynek do golenia. Ale była… woda kwiatowa. Wykupywana wszakże przez… alkoholików.

W pale się nie mieści, jak wiele różnych sposobów “sprzedaży” dóbr swoim obywatelom wymyśliła PRL. Ten odcinek poświęcam wyłącznie omówieniu owych sposobów. Staram się skracać, jak mogę, ale choćbym stawal na głowie, ten odcinek musi być najdłuższym tekstem w całym cyklu. I już to niech świadczy o rozmiarach paranoi, jaką PRL osiągnęła w tej dziedzinie. Tu nie miała bowiem sobie równych w całym bloku sowieckim.

Drogie dzieci, czy wiecie, co to takiego “żółte firanki“? Kawałek płótna? Nie. To sklep. A raczej sieć sklepów powstałych już w latach 50., nazwanych zaś przez Polaków, z powodu szczelnie zasłoniętych okien, sklepami “za żółtymi firankami”. Owszem, wystaw nie miały, a nawet były tajne, bo dostępne tylko dla wybranych. Członków dożywotnio rządzącej partii, funkcjonariuszy administracji rządowej, bezpieki itd. Innym — wstęp wzbroniony, a w latach 50. za samą wzmiankę, że takie sklepy istnieją, groziło więzienie.

To był początek. Później PRL stworzyła zaiste niezwykłą mnogość placówek służących sterowanemu rozprowadzaniu dóbr wśród obywateli. “Żółte firanki” przeniosły się do siedzib komitetów komunistycznej partii, budynków komend milicji, ministerstw, i z czasem przekształciły w lepiej zaopatrzone bufety wielobranżowe. Włąsnych “żółtych firanek” dorobiły się niektóre “ważne dla socjalistycznej gospodarki”, przede wszystkim górnictwo — specjalne sklepy tylko da górników i ich rodzin istniały przez całą niemal epokę PRL. Wszystkie te sklepy łączyło jedno: oferowały towary, których nie było “na rynku”.

Wkrótce pojawiła się nowa, wirtualna odmiana takich sklepów: talony. Talon przyznać mógł np. zakładowy szef partii komunistycznej, dyrektor, wreszcie szef zakładowej komórki związków zawodowych. Czasem dostawali talony ludzie najbardziej usłużni, czasem konfidenci, czasem zaś porządni ludzie, którzy po prostu byli zakładowi potrzebni. A także niektórzy artyści, sportowcy, naukowcy, dziennikarze, także czasem w uznaniu rzeczywistych zasług, a czasem za spolegliwość wobec reżimu lub wręcz usługi szpicla. Albo po prostu, bo talon był i komuś trzeba było dać, a zakładowi notable świeżo dostali. Z talonem szedłeś do sklepu, by płacąc oficjalną cenę kupić coś, co niby nawet tam było, ale nie dla tych, którzy mieli “tylko” pieniądze. Praktycznie jedynie “na talon” można było np. kupić samochód lub “dostać” mieszkanie.

Aby stworzyć pozory, że są to jednak dobra dla wszystkich, powstał system “zapisów”. Każdy mógł się “zapisać” na samochód krajowej produkcji, jeśli dobrze pamiętam — wpłacając od razu zaliczkę. W zamian otrzymywał papier z obietnicą, że kiedyś zostanie zaproszony po odbiór auta za dopłatą do wówczas obowiązującej ceny oficjalnej. Kiedy? O tym papier milczał. W praktyce czekać trzeba było 3-5 lat, czasem dłużej. Odpowiednikiem “zapisów” na “rynku” mieszkań były książeczki mieszkaniowe, na które co miesiąc wpłacać trzeba było sporą sumę, by mieć nadzieję na “przydział” po 15-20 latach “oszczędzania”. Jak skuteczny był to system, świadczą miliony niezrealizowanych książeczek, które III RP oddziedziczyła po PRL.

Wielu podstawowych artykułów brakowało tak dramatycznie, że przez lata były, wzorem czasów wojny, dostępne tylko “na kartki“, czyli reglamentowane: każdy miał prawo co miesiąc kupić wyliczoną dolę cukru czy mięsa. W latach 50. kartki zanikały, pojawiły się znów za Gierka, w latach 70., zaś w następnej dekadzie — za Jaruzelskiego — właściwie wszystko, od masła po wódkę i benzynę, bylo już tylko na kartki a system dystrybucji kartek stał się ogromną instytucją. Co miesiąc trzeba było odstać swoje w kolejce w urzędzie miasta lub dzielnicy, by dostać swoje kartki, a potem zacząć polować w sklepach na to, na co owe kartki opiewały, by przy odrobinie szczęścia wymienić kartkę na towar, płacąc oczywiście ponadto oficjalną cenę towaru. Szczęście było potrzebne, bo tego, co na kartki, też brakowało.

Tu przerwę. W dobie Internetu ten tekst jest za długi. O skali paranoi PRL niech świadczy, że opis różnych sposobów reglamentacji i “handlu” zajmie aż dwa odcinki cyklu, a oba najdłuższe…

Tu czytaj o idei cyklu, tu zaś znajdziesz spis treści.

15 comments to “Rynek w PRL” 04: żółte firanki…

  • Te przybytki za “żółtymi firankami” nazywały się “Konsumy” i “Wojskowa Centrala Handlowa” …. Nie dość , że wybrańcy mogli nabywać tam deficytowe towary to jeszcze w obniżonych cenach..

    • Krzysztof Leski

      W jakim okresie te nazwy funkcjonowały?

      • Nie jestem pewien ale te “Konsumy” chyba pojawiły się po 56 roku… Z jednej strony była to nazwa tzw. sklepów przyzakładowych , z drugiej taka nazwę przyjęło przedsiębiorstwo pracujące na rzecz pracowników MSW .
        Na początku lat 90-tych chyba z powodzeniem zaadaptowało się do warunków rynkowych i działa do dzisiaj oferując usługi gastronomiczne… Nie mam szczegółowego “reaserchu” więc z nazwą się wstrzymam …

        • Zwolski

          W drugiej połowie lat 70. kupowałem w Konsumach fajki (Caro, Marlboro). W Kielcach był taki milicyjny hotel ze stołówką. Kto tam mieszkał nie wiem, mówiło się, że np. piłkarze KS Błękitni (kielecki klub policyjny). W zasadzie tylko tam można było dostać prawie zawsze lepsze fajki. Wchodziło się bez problemu na stołówkę i kupowało papierosy w barku.
          Czy to faktycznie były Konsumy – nie mam pojęcia. Tak na to mówiliśmy, my, kilku nikotynistów z pobliskiego liceum.

  • TRad

    Zapisy na samochody były odmianą systemu argentyńskiego. Chodziło o ściągnięcie “nawisu inflacyjnego”. Wpłacano przedpłatę. Następowało losowanie. Szczęsliwcy mieli dostać omal od razu (w 1982 roku), częśc w 1983 itd. – az do 1985. Pechowcy mieli dostać w 1986 lub później. Wysokość comiesięcznych rat zależała od terminu, w którym miał nastąpić odbiór. Oczywiście ceny rosły, co powodowało wzrost rat.

    Ciekawostka: jeżeli ktoś dysponuje filmem dokumentalnym Karabasza “Próba materii” z 1981 roku, znajdzie tam króciutką scenkę w banku, w której kasjerka tłumaczy klientowi tajniki owych przedpłat.

    • Krzysztof Leski

      Ale jeśli pomnę, z obiecywanych terminów też wyszły nici.

      • TRad

        Popyt przerósł podaż (no któż mógł przypuścić, że tylu ludzi będzie chciało kupić samochód?). AFAIK w 1985 zrobiono kolejne losowanie dla tych, którzy wpłacili, ale nie załapali się wcześniej.

        Jeżeli dobrze pamiętam moi rodzice zapisali się dwa razy, raz matka, raz ojciec. Jedno auto wylosowali kolo 85-85, drugie przeszło poślizgiem na lata 90 i zamiast niego dostali rekompensatę. Moge zmyślać, bo to dawno było, no i nie omawiano przy mnie kwestyj finansowych.

  • Tadeusz Zawadzki

    “Wojskowa Centrala Handlowa”

    Ta jednak handlowała przede wszystkim dobrami o dostępie definicji ograniczonym, tj. umundurowaniem i dodatkami do niego.

  • Tadeusz Zawadzki

    PS W jakim okresie te nazwy funkcjonowały?
    WCH od 31.12.1949 (wg Wiki) do dzisiaj. Zmienili nazwę na Wojskowe Przedsiębiorstwo Handlowe, ale to ta sama firma.

    BTW W latach 70. nie mitologizowałbym Konsumów. Bez żadnych problemów (i bez żadnych związków) w swoim mieście chadzałem tam na obiady.

  • Jerzy Maciejowski

    Panie Krzysztofie!

    Gdy rozpoczynano motoryzowanie prl-u za pomocą malucha, miał kosztować 35.000 zł (słownie trzydzieści pięć tysięcy), mama rozważała zapisanie się na niego, więc to pamięta. Natomiast gdy już zaczął być sprzedawany, to chodził pod nazwą Škoda 65 (czytaj szkoda), bo cena wzrosła do 65.000 (sześćdziesięciu pięciu tysięcy).

    Zatem wzrost cen był ciągły, nawet wtedy, gdy towaru nie było jeszcze na rynku.

    Pozdrawiam

    Jerzy Maciejowski

  • Ostatnie wspomnienie bo za dużo się rozpisałem…

    Swoja karierę zawodową po studiach zacząłem w urzędzie państwowym. Urząd nasz dzielił siedzib )pięciokondygnacyjny budynek z innym urzędem mającym cos wspólnego z funkcjonowaniem handlu. Dzięki temu sąsiedztwu na jednym z pięter zorganizowany był sklepik w który albo na kartki albo w sprzedaży niereglamentowanej (np. podroby – rarytas w tamtych czasach) można było kupić różne deficytowe artykuły. W jednym z pierwszych dni mojej pracy zauważyłem , że piętro na którym pracowałem opustoszało… Nie wiedziałem co się dzieje… Po jakimś czasie jedna z pań pracujących ze mną wróciła obładowana zakupami i z bezgranicznym zdziwieniem spytała dlaczego nie poszedłem nic kupić bo własnie coś “rzucili” … Śmiesznie było jak rzucili gicze cielęce (bez kartek oczywiście) widok wychodzących pracowników z tym czymś był przekomiczny…

  • Marek Twardowski

    Kartki – nigdy po nie nie stałem w jakimkolwiek urzędzie. Dostawałem razem z wypłatą.

    Ceny w “specjalnych” sklepach.
    W Gdańsku w pierwszych latach 80tych chodziliśmy do bufetu w tamtejszym Komitecie Wojewódzkim (można było wejść od zaplecza bez przepustki, jak ktoś się czepiał, to mówiło się “do bufetu”). Pamiętam, że barszczyk (w kubku) kosztował tam 1 zł. Ten sam barszczyk “na mieście” – 5 zł.

  • Ajgor

    W latach 80-tych, mój ojciec, rencista wojskowy, dorabiał sobie jako konserwator w DPS dla kombatantów. Ludzie ci, mieli dostęp do talonów na wiele dóbr, których po prostu nie potrzebowali. M.in. do wirówek do prania. Ojciec załatwiał z nimi za flaszkę talon, a wirówki mieliśmy my, babcie i ciotki. Wirówki te kupowało się w sklepach WCH (Wojskowa Centrala Handlowa), ale dostępne były tylko na talony. Bez talonu, nawet wojskowy nie mógł wejść i kupić. Jedyne co tam było dostępne w tych czasach, oprócz sortów mundurowych, to ręczniki frotte.

Leave a Reply